Uznanie zachodnich krytyków, zachwyt canneńskiej widowni i w ostateczności Złota Palma dla Pawła Pawlikowskiego – dorobek Zimnej wojny przed oficjalną premierą kinową mógł robić wrażenie nawet na największych sceptykach twórczości polskiego reżysera. Ci, którzy swego czasu szkalowali Idę za jej flegmatyczność, w tym przypadku mieli zostać pozbawieni wszystkich asów z rękawa, czemu sprzyjać miał zwrot w kierunku historii o płomiennej, ale i zgubnej miłości z wielką polityką w tle. Jednak prócz samych merytorycznych argumentów na rzecz Zimnej wojny, swoje trzy grosze dorzuciły rodzime media, które sukcesywnie pompowały balonik oczekiwań aż do momentu, gdy przybrał on niewyobrażalne wręcz rozmiary. A jaki jest lost takiego balonika, wszyscy doskonale wiemy – pękł z hukiem, gdy okazało się, że film Pawlikowskiego, choć odznacza się wybitną strukturą i kompozycją kadru, opowiada o możliwie najbardziej niewiarygodnej i bezpłciowej miłości, jaką kiedykolwiek uraczono nas za pośrednictwem kinematografu.

Zaczynając jednak od tego, co w Zimnej wojnie funkcjonowało bez zarzutu, należy stwierdzić, że rzemiosło reżyserskie Pawlikowskiego to naprawdę klasa światowa. Doskonale panuje on bowiem nad techniczną stroną produkcji, wykazując się niebanalnym zmysłem konstrukcyjnym i łącząc ze sobą poszczególne kadry, ujęcia oraz całe sceny w rytm i klimat snutej opowieści. Z wielu sekwencji opisujących tę zależność, najbardziej reprezentatywna pozostanie chyba ta w paryskim klubie jazzowym. Wtedy to kamera śledzi poczynania poszczególnych muzyków, przeskakując i przemieszczając się między nimi w zgodzie z dynamiką charakteryzującą tempo wydobywających się z instrumentów standardów. I choć można w tym momencie odczuć efekt déjà vu, związany z podobieństwem wyżej opisanej metody do stylu Damiena Chazzelle’a, to w tej aranżacji pozostaje ona absolutnym unikatem, a jej jakość pochodzi wyłącznie z wrażliwości na poetykę zmysłowości, którą Pawlikowski uskutecznia na przestrzeni całego metrażu.

W tym też celu reżyser zadecydował o “zwężeniu” proporcji kadru do 4:3, a także o częstym, wręcz nowofalowym “wyrzucaniu” postaci i przedmiotu danego ujęcia do boku bądź dołu tegoż. Jest to zabieg tyleż kompozycyjny, co stricte strukturalny i narracyjny, polegający w głównej mierze na wydobywaniu z każdego poszczególnego obrazka maksimum estetycznej zawartości. Nie bez znaczenia pozostaje również wykorzystanie czarno-białych, utrzymanych w niskim kluczu zdjęć oraz (w pewnym stopniu) konwencji kina noir, co przekłada się znowuż na niepowtarzalny urok, który charakteryzował swego czasu najwybitniejsze dokonania niemieckiego ekspresjonizmu filmowego.

Ten estetyczny domek z kart sypie się jednak bez pokwitowania, gdy Pawlikowski próbuje dodać do niego jeszcze jedną, ale za to niezwykle znaczącą figurę – scenariusz. Choć miłość młodej śpiewczaki Zuli i łowcy ludowych talentów Wiktora odnosi się do osobistych doświadczeń reżysera (film zadedykował on swoim rodzicom), to brakuje w niej jakiejkolwiek autentyczności i jest tak niezależnie od faktu, czy już w punkcie wyjścia uznamy tę miłość za namiętne i prawdziwe uczucie, czy raczej za fatalną fasadę, która nigdy nie miała prawa się ziścić. Sercowe deklaracje bohaterów musimy bowiem przyjąć “na słowo”, gdyż wprowadzenie do relacji zajmuje dosłownie kilka scen, z których nijak nie wynika, iż cokolwiek połączyło ich dusze wiekuistną pieczęcią. Występuje tu też swoisty paradoks, albowiem scenariusz sam w sobie bazuje na tej małomówności i w ogólnym rozrachunku trzyma dość wysoki poziom, lecz mimo to nie pozwala odbiorcy poczuć emocji na własnej skórze, co zważywszy na kategorię opowieści, z miejsca wyklucza jego zasadność.

Czy więc w odniesnieniu do Zimnej wojny można skorzystać z wyświechtanego już stwierdzenia “przerostu formy nad treścią”? Poniekąd tak, bo choć Pawlikowski zaprezentował na jej łamach wszystkie swoje atuty reżyserskie, to nadal zawodzi go ich werbalizacja. I w tym przypadku można mówić o werbalizacji dosłownie, gdyż jedyne, ale i najważniejsze, czego tu zabrakło, to kilku obrazów, które podobnie jak w całkowicie wyzwolonym kinie niemym, musiały w pełni zastąpić słowo. Im się udawało, Zimnej wojnie niekoniecznie.

 

Made with Red Heart on Twitter Twemoji 11.1 in Bytom

lub

Zaloguj się używając swojego loginu i hasła

lub     

Nie pamiętasz hasła ?

lub

Create Account