„Podwójny kochanek” Françoisa Ozona to jeden z tych filmów, o którym myśli się jeszcze bardzo długo po seansie. Istne kino przesytu, rozpoczynające się od ujęcia waginy zamieniającej się w oko, a kończący się na… Lepiej nie psuć niespodzianki. Ozon w takich produkcjach czuje się jak ryba w wodzie, więc to się zwyczajnie nie mogło nie udać.

Główną bohaterką „Podwójnego kochanka” jest piękna Chloé (bezbłędna Marine Vacth), była modelka, próbująca uporać się z bólem brzucha, a przy okazji zapewne też z demonami płatającymi figle jej psychice. Motywik ograny i to bardzo, w pierwszym momencie przywodzący na myśl jeden z wątków pierwszego sezonu serialu „Bez tajemnic” i rolę Małgorzaty Beli. Swoją drogą problemy gastryczne już dawno nie były tak brzemienne (słowo klucz?) w skutkach w kinie.

Patrząc na „Podwójnego kochanka” widzimy jak autor „Frantza” bawi się kinem. Ten obraz wygląda trochę jak playlista ulubionych filmów Ozona, gdzie Roman Polański miesza się z Andrzejem Żuławskim, a wielu wskazuje jeszcze na m.in. nawiązania do Davida Cronenberga. I chociaż miejscami dosłownie cytowany jest autor „Lokatora”, to mam wrażenie, że całości patronował jednak bardziej twórca „Opętania”, które zresztą – jak przyznał w jednym z wywiadów reżyser – przed rozpoczęciem zdjęć musiała w celach edukacyjnych obejrzeć Marine Vacth. Umówmy się, François Ozon nigdy nie był i raczej nie zamierza być kolejnym Andrzejem Żuławskim, ale coś mi podpowiada, że „Podwójny kochanek” miał ambicję być przystępniejszą wersją „Szamanki”, co mu się udało.

Nie każdemu taka filmowa transplantologia przypadnie do gustu, ale to kwintesencja kina Ozona. Więcej, francuski reżyser kilkukrotnie cytuje samego siebie, co z jednej strony może wydawać się bezczelne, ale z drugiej kto jak nie Ozon może sobie rościć prawo do takich zabiegów? Urodzony w 1967 roku artysta od pierwszej do ostatniej sceny igra z widzami, wodząc ich za nos, wyprowadzając na manowce i gdy już tylko ułożą sobie coś w głowie, to podrzuca im nowe rozwiązania, co kompletnie rewiduje ich wcześniejsze myśli. I właśnie za to kocha się kino Ozona, bo nawet jeżeli otrzymujemy pozornie prostą i zamkniętą historię, to po seansie możemy ją analizować na niezliczone sposoby oraz dowolnie interpretować.

„Podwójny kochanek” jest wędrówką w środek samego siebie. Twórca „Basenu” przypiera nas do muru i podświadomie każe się zastanowić, jak zachowalibyśmy się na miejscu głównej bohaterki. W gruncie rzeczy jest to film o wewnętrznej walce i strachu przed realizacją własnych fantazji. Ozon nie pyta nas jak nie ulec pożądaniu, ale bardziej interesuje go to, czy spełnianie głęboko ukrytych perwersyjnych zachcianek może przynieść ulgę i satysfakcję. Co jednak najważniejsze, Ozon nie przekracza granicy dobrego smaku, jego reżyserskie rączki zostają na pościeli, chociaż pewnie nie wszystkim się spodoba, że filmowa Chloé zapewne zgodziłaby się z Januszem Korwin-Mikkem, iż zawsze się trochę gwałci.

Ale to tylko jedna z warstw „Podwójnego kochanka”, gdyż nigdy nie możemy być pewni, że to co oglądamy na ekranie, nie jest wyłącznie projekcją psychicznie zaburzonej bohaterki. Dzięki temu do końca nie wiemy, kto tak naprawdę jest kim. Gubimy się, tracimy zaufanie, czujemy się uwięzieni w klatce – zupełnie jak Chloé. Ta kreacja nie byłaby tak pełna, gdyby nie fantastyczna Marine Vacth, czyli odkrycie Ozona z „Młodej i pięknej”. W grze urodzonej w 1991 roku aktorki i modelki nie ma grama fałszu, jest precyzyjna w każdym geście i ruchu. To ona kontroluje akcję, chociaż pozornie mogłoby się wydawać, że pierwsze skrzypce gra Jérémie Renier.

Całość dopełniają zdjęcia Manuela Dacosse, które w połączeniu ze scenografią (Sylvie Olivé, Julien Tesseraud, Lilith Bekmezian), wprowadzają nas w klaustrofobiczny, zimny i przerażająco sterylny, jak galeria w której pracuje główna bohaterka, świat, gdzie zagrożenie czyha na każdym kroku. W tej rzeczywistości nie można nikomu ufać, włącznie z samym sobą.

„Podwójny kochanek” jest trochę jak filmowa terapia. François Ozon zaprasza nas na kozetkę i cały czas prowokuje, abyśmy dali ponieść wodze własnej fantazji, nawet jeżeli są to najskrytsze i najbardziej perwersyjne marzenia. A wszystko to w konwencji czarnej komedii, gdzie nadmiar jest zaletą, a nie wadą. Ozon, królu złoty, znowu to zrobiłeś. Niemal dwie godziny skakania po gatunkach filmowych, zabawy kliszami i wyprowadzenia widza w pole niczym niezaktualizowany GPS, aby ostatecznie można było wyjść z sali kinowej z jednym pytaniem we łbie: co się tutaj właśnie stało? 100% Ozona w Ozonie.

#Ocena: 8/10

Krzysztof Połaski

Recenzja została pierwotnie opublikowana 13 sierpnia 2017 roku w serwisie Telemagazyn.pl

 

Made with Red Heart on Twitter Twemoji 11.1 in Bytom

lub

Zaloguj się używając swojego loginu i hasła

lub     

Nie pamiętasz hasła ?

lub

Create Account