Długo się zastanawiałem, co takiego ma w sobie „Lady Bird”, że mimo upływu kolejnych dni od seansu i w międzyczasie obejrzenia wielu nowych filmów, wciąż nie potrafię zapomnieć o dziele Grety Gerwig. Jest w tym obrazku coś pociągającego, sprawiającego, że chcę kolejny raz przeżyć tę przygodę. Jeszcze raz dorosnąć. Coś mi podpowiada, że to też mój pamiętniczek.

Greta Gerwig, jedna z najciekawszych aktorek ostatnich lat, postanowiła zasiąść na stołku reżyserskim i opowiedzieć o samej sobie. Jest to jej solowy debiut, chociaż już wcześniej wyreżyserowała jeden film – na spółkę z Joe Swanbergiem w 2008 roku nakręciła kameralne „Noce i weekendy”.

Gerwig opowiada o roku 2003, gdy kończyła liceum i marzyła, aby z Sacramento i katolickiej szkółki wyrwać się do Nowego Jorku. Wielki świat stał przed nią otworem, nic tylko wziąć los we własne ręce i zacząć działać! Bo to film o marzeniach jest, tych małych i dużych, ale też o tym, że życie nie da nam niczego za darmo, jeżeli ciężko na to nie zapracujemy.

Pewnie takich filmów była cała masa, ale ten niesie ze sobą potężny ładunek emocjonalny zmiksowany z subtelnym humorem. Bo to właściwie jest wycinek z życia; z jednej strony pierwsze miłości, pierwszy seks i wspaniałe chwile z przyjaciółką, a z drugiej rozczarowania, całe to bagno potocznie zwane błędami młodości oraz rodzic chory na depresję. Wiesz o co chodzi, mordo. To o nas kino.

„Lady Bird” przygląda się poszukiwaniu własnej tożsamości. To swoista kronika dojrzewania. Na siłę chcemy się wyróżniać albo dla odmiany wtapiać w tłum, strategie są różne, ale cel jest zawsze ten sam – chcemy czuć, że jesteśmy sobą. Że nikt nami nie steruje i nie będzie nam mówić jak żyć. To etap, gdy wydaje nam się, że już wszystko wiemy, że wszystko przeżyliśmy i nic nas nie zaskoczy, ale czy można bardziej się pomylić? Greta Gerwig mówi nam, że popełnianie błędów to nie tylko nasz przywilej, ale wręcz obowiązek. I chociaż zabrzmi to paradoksalnie, ale żeby zacząć w pełni żyć, coś wcześniej trzeba przeżyć. Nie da się w pełni świadomie wystartować z czystą kartą.

„Lady Bird” jest też listem miłosnym do rodziców. Całe życie sobie wmawiamy, że nie będziemy jak oni, ale… Swoją drogą to zabawne, że często chcemy kształtować inny obraz siebie, ale finalnie i tak orientujemy się, że od prawdy nie uciekniemy, wszak imię nadali nam rodzice. Przy okazji „Lady Bird” jawi się jako film opowiadający o dojrzewaniu do wiary, do momentu, w którym odkrywamy w sobie Boga bądź całkowicie go odrzucamy. Wówczas już, z całą świadomością swojego postępowania, możemy zdecydować, którą drogą idziemy.

Greta Gerwig skupia się na trudnej relacji matki z córką. We wspólnych scenach Saoirse Ronan z Laurie Metcalf aż iskrzy od napięcia. Każda sekwencja z udziałem tego duetu to wielka niewiadoma, może skończyć się w nieprzewidywalny sposób. Jestem pod wrażeniem tego emocjonalnego MMA, w jakim zmierzyły się ze sobą aktorki. Wielka sztuka. Z nieco innej perspektywy w „Lady Bird” ukazani są mężczyźni; początkowo można powiedzieć, że to raczej pewnego rodzaju ofermy, ledwo radzące sobie z egzystencją, ale kolejne minuty udowadniają, że na wszystko trzeba patrzeć szerzej. Panowie toczą tutaj cichą walkę o przetrwanie, nie krzyczą, bo nie chcą okazać słabości przed kobietami, nie chcą, aby wydało się, że nie do końca sobie radzą, a duma nie pozwala im zwrócić się o pomoc.

„Lady Bird” jest szalenie precyzyjnie napisanym filmem; nawet jeżeli wyda wam się, że dialogi są chaotyczne, a główna bohaterka jest irytująca oraz egoistyczna, to jedynie znaczy, że dokładnie tak miało być. Wierzę w każde słowo wypowiadane przez bohaterów, w każdy gest oraz zachowanie – wszystko jest autentyczne od początku do końca i ani przez moment nie wyczuwa się fałszu. To naprawdę wygląda jak ekranizacja pamiętnika reżyserki, co zapewne wymagało od niej sporej odwagi, bo ekshibicjonistycznie obnaża się przed widzami, pokazując swoje emocje, przeżycia oraz niepokoje. Nie da się bardziej wystawić na afisz.

W tytułowej roli, jako alter ego Grety Gerwig, doskonała jest Saoirse Ronan. Urodzona w 1994 roku aktorka, wspomagana przez różowe włosy, daje czadu. Pokuszę się o stwierdzenie, że to do tej pory najlepsza rola Ronan, bo chyba jeszcze w żadnym filmie nie musiała używać takiego spektrum emocji. Ona nie grała głównej bohaterki, ona się nią stała.

Nie zapominajmy jednak o drugim głównym bohaterze, czyli Sacramento. Miasto nie jest tłem, lecz gra pierwsze skrzypce. To właśnie miejsce pochodzenia determinuje działania naszych ekranowych milusińskich i sprawia, że jednocześnie kochają, jak i nienawidzą, tę mieścinę. Więcej! Jako widz, aż nabrałem ochoty, aby kiedyś pojechać do Sacramento i przejść na „gorszą stronę torów”. Do tego trudno mi się nie rozpływać nad zdjęciami Sama Levy’ego. Jego kadry wyglądają jak obrazy, są przepiękne kolorystycznie, patrzę na kolejne fotosy z planu i nie mogę oderwać wzroku.

„Lady Bird” to hipnotyzujące dzieło. Mały wehikuł czasu, przenoszący mnie do okresu dojrzewania – czasu jednocześnie tak strasznego, frustrującego i fascynującego, że chciałbym przejść go raz jeszcze. Może nie popełniłbym niektórych błędów? A może wszystko wyglądałoby dokładnie tak samo? I nie myślcie, że działa wyłącznie na mnie nostalgia. Nie, „Lady Bird” ostatecznie uwodzi mnie swoją prawdziwością, widzę w tym filmie siebie, a dodatkowo całość daje mi ogromną dawkę energii do działania. Z kina wyszedłem z wielkim uśmiechem na ustach i wam też tego życzę.

Ocena: 9/10

Krzysztof Połaski

Recenzja została pierwotnie opublikowana 8 stycznia 2018 roku.

 

Made with Red Heart on Twitter Twemoji 11.1 in Bytom

lub

Zaloguj się używając swojego loginu i hasła

lub     

Nie pamiętasz hasła ?

lub

Create Account