Nie sposób oddzielić twórczości Spike’a Lee od towarzyszących jej kontekstów. Składają się na nie kontrowersje związane z publicznymi wypowiedziami, zaangażowanie w politykę,  popkulturowe nawiązania. Na dobrą sprawę od samego początku jego filmy stanowiły sumienną diagnozę społeczności czarnych Amerykanów, których ekranowy wizerunek był przez kino hollywoodzkie długo wypaczany.

Wczesne filmy Spike’a Lee umożliwiły Afroamerykanom  zaistnienie w kulturze (względnie) mainstreamowej, ale nie zamknęły reżysera w szufladzie wąskiej problematyki społecznej mniejszości.  Kolejne jego dzieła pokazały, że  potrafi się on odnaleźć w różnych estetycznie i tematycznie rejonach kina. Wystarczy porównać skromny debiut o wyzwolonej seksualnie, czarnej kobiecie Ona się doigra (1986) z komercyjnym kinem gatunkowym pokroju Planu doskonałego (2006) czy remakiem koreańskiego Oldboya (2013), aby ujrzeć skrajnie odmienne oblicza reżysera.

BlacKkKlansman, nagrodzony Grand Prix na tegorocznym festiwalu w Cannes, to dzieło paradoksalnie aktualne. Pod płaszczykiem komedii stylizowanej na lata 70 . ujawnia siatkę złożonych napięć, które towarzyszą dziś afroamerykańskiej społeczności. Nic dziwnego, że podczas poruszającego wystąpienia na konferencji prasowej w Cannes, Lee w ostrych słowach rozprawił się z rasistowską retoryką Donalda Trumpa oraz alt-prawicy. Na koniec reżyser, wezwał świat do przebudzenia z iluzji.

W swoim najnowszym filmie Lee opowiedział o rasowej znieczulicy w oparciu o pamiętniki Rona Stallwortha, pierwszego w historii Colorado Springs czarnoskórego policjanta, który w latach 70. infiltrował wraz ze swoim partnerem lokalne struktury Ku Klux Klanu. Młody policjant, który całe dnie spędza w policyjnym archiwum, z rasizmem spotyka się także w miejscu pracy , ale mimo to szybko awansuje na detektywa pod przykrywką.  Natrafiając w gazecie na ogłoszenie rekrutacyjne, inicjuje odważną operację  – podając się za “białego patriotę“ nawiązuje telefoniczny kontakt z przedstawicielami rasistowskiej organizacji. “Nienawidzę Żydów, Meksykańców, makaroniarzy i kitajców, a już najbardziej czarnuchów” – mówi Stallworth (J.D. Washington, syn Denzela Washingtona, który przed laty w filmie Lee zagrał Malcolma X), powtarzając niejako hate speeche bohaterów Rób co należy (1989 ) i 25. godziny (2002), a następnie na spotkanie z członkami KKK wysyła swojego  partnera, Filipa Zimmermana (Adam Driver), który jest Żydem. Antyrasistowski dramat okazuje się prześmiewczą lewicową farsą.

I tak oto Zimmerman przekonuje  mało rozgarniętego neonazistę o tym, że Holocaust naprawdę się wydarzył, a co więcej był najpiękniejszym wydarzeniem w dziejach białej rasy, natomiast Stallworth, zostaje pupilkiem Davida Duke’‘a – niespełnionego polityka Republikanów, wielkiego mistrza Ku Klux Klanu. Pierwszy cel BlacKkKlansmana jest jasny i przyziemny. Na bazie czytelnej, szyderczej formuły, reżyser tworzy szeroko zakrojoną satyrę na toporne i nieudolne postulaty białych suprematystów.

Film Lee to jednak nie tylko linearna, rekonstrukcyjna opowieść “na faktach”, ale również brawurowy, dynamicznie zmontowany, intertekstualny slalom, skłaniający do rozważań na temat wpływu archetypów amerykańskiego kina na pielęgnacje ideałów dawnego Południa. Nie dość, że film otwiera widowiskowa scena wyciągnięta żywcem z Przeminęło z wiatrem (1939, V. Fleming), to bohaterowie otwarcie mówią o tym, jak Narodziny narodu (1915, D.W. Griffith) przyczyniły się do wzmocnienia dychotomii czarne – białe. Tę mieszankę klasycznych odniesień wzbogacają elementy kontrkultury stojące w opozycji do rasistowskiej ideologii. Figura konserwatywnego, białego kina hollywoodzkiego zostaje skonfrontowana z innym symbolicznym filmowym paradygmatem, jakim było blaxploitation. Spike Lee dość ostentacyjnie posługuje się siatką popkulturowych skojarzeń z niskobudżetowym, czarnym kinem: plakatami, cytatami i znanymi nazwiskami – Pam Grier czy Richarda Roundtree, przypominając, że każda filmowa reprezentacja posiada swoją historię oraz konsekwencje.

Przy całym tym polifonicznym rozbuchaniu, opowieść zdaje się rozpostarta pomiędzy dwoma biegunami kina: tego skupionego na społecznych bolączkach i tego nastawionego na dostarczanie widzowi rozrywki. Proporcje wydają się rozłożone mniej więcej po równo: ironia i czarny humor stają się komplementarne względem społecznej wrażliwości i śmiertelnie poważnych dramatów. W BlacKkKlansman Lee portretuje rasizm, ale także groteskowe zacietrzewienie i mowę nienawiści po obu stronach barykady. Wojna kulturowa zderza ze sobą przedstawicieli Ku Klux Klanu i Czarnych Panter, wykrzykujących rewolucyjne hasła: White Power i Black Power. Trudno nie zauważyć, kto w tym świecie zagrzewa do emancypacji i subwersji, a kto popycha do nienawiści, jednak Lee w obu przypadkach dostrzega groźne tendencje. Według reżysera historia uczy, że sprawiedliwość lubi wymykać się jednoznacznym interpretacjom – szczególnie gdy wykluczeni wstają z kolan równie zradykalizowani, jak oprawcy.

W Cannes Lee wprost mówił, że trzeba tę historię z lat 70. odnieść do dnia dzisiejszego. Interesujące jest zatem, że w finale nie posługuje się już historycznym inwentarzem rasistowskich anachronizmów, lecz sięga po fragmenty dokumentalne sprzed roku, kiedy to w Charlottesville odbyło się największe zgromadzenie białych nacjonalistów w Ameryce od dziesięcioleci. Wydarzenia, w których uczestniczył między innymi wspomniany David Duke, miały tragiczny finał: trzy osoby zginęły pod kołami samochodu, który wjechał w grupę osób protestujących przeciwko pochodowi mężczyzn w białych koszulach, niosących pochodnie i wymachujących flagami konfederacji. Na dodatek Lee mówi wprost: Trump poniósł w tym momencie klęskę. Milczał, zwlekał, a kiedy pojawił się na mównicy, nie przeszły mu przez gardło słowa potępienia wobec białych nacjonalistów odpowiedzialnych za krwawy incydent. Innymi słowy – usprawiedliwił ich działania.

Jeszcze bardziej wymowny wydaje się ostatni kadr BlackKklansmana – obrócona do góry nogami flaga Stanów Zjednoczonych, która stopniowo zatraca się w czerni i bieli.  Spike Lee, rzecznik czarnej Ameryki, manifestuje autentyczną frustrację, ale nosi również wielką żałobę po wzgardzonym, rodzinnym kraju. Wciąż nie zdaliśmy swojego egzaminu, a podziały stają się coraz bardziej wyraziste – zdaje się mówić twórca, który po prawie 30 latach stanął na czerwonym dywanie z sygnetami układającymi się na jego dłoniach w napisy: “Love” i “Hate”. To wyraźny cytat z Rób, co należy, które w 1989 roku zostało niesprawiedliwie pominięte w Cannes przez jury pod przewodnictwem Wima Wendersa. Radio Raheem, prezentujący pierścienie wzorowane na tatuażach kaznodziei Harry’ego Powella z Nocy myśliwego (1955, C. Laughton), głosił w tym filmie filozofię bezustannej walki dobra ze złem. Tym gestem reżyser, podobnie jak jego bohater, pokazuje, na jak kruchych postawach zbudowana jest amerykańska zgoda społeczna. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że Ameryka dojdzie kiedyś do jedynego sensowego rozwiązania, które widnieje na jego prawej dłoni – ufundowanego na przykazaniu o miłości bliźniego.

Mateusz Demski

Tekst opublikowany w czasopiśmie Ekrany

 

Made with Red Heart on Twitter Twemoji 11.1 in Bytom

lub

Zaloguj się używając swojego loginu i hasła

lub     

Nie pamiętasz hasła ?

lub

Create Account