Podczas trwającej na przełomie marca i kwietnia 31. edycji Fribourg International Film Festival (Szwajcaria) publiczność miała okazję obejrzeć wiele filmów pochodzących z Azji. Silną reprezentację miała tam Korea Południowa, a wśród prezentowanych filmów znalazły się m.in. Zombie express (2016, reż. Yeon Sang-ho) oraz Lament (2016, reż. Na Hong-jin) – oba gościły w programie 10. edycji Pięciu Smaków, po czym trafiły do polskiej dystrybucji. We Fryburgu zaprezentowano również inne filmy znane polskiej publiczności. Mowa tu o Sadako vs Kayako (2016), autorstwa Kōjiego Shiraishiego, a także Dziecko apokalipsy (2016) Mario Cornejo – zwycięzca konkursu 10. edycji Pięciu Smaków. W ramach sekcji „Nowe terytorium”, gdzie zgłębia się kinematografię wybranego kraju, odbywały się pokazy nepalskiego Kagbeni, o którym miałem okazję pisać w jednym z poprzednich odcinków Fraktali Azji. Dzięki platformie Festival Scope widzowie na całym świecie mogli obejrzeć wyselekcjonowane pozycje z fryburskiego festiwalu. Z każdego z trzech zestawów konkursowych filmów krótkometrażowych wybrano po kilka tytułów. Z Azji były to malezyjski RM10 (2016, reż. Emir Ezwan), w którym banknot o tytułowym nominale ringgitów przechodzi z rąk do rąk kolejnych osób. The Silent Mob (2016, reż. Harvan Agustriansyah) z Indonezji stanowi mało satysfakcjonującą próbę ukazania procesu werbowania demonstrantów do wynajęcia. Reżyser styka ze sobą dwie odrębne idee reprezentowane tu przez kierowców ciężarówek próbujących zatrudnić tłum do „swojej” demonstracji – ten, „który da więcej” wygra. Z kolei w The Robe (2016, reż. We Ra) reżyser przenosi nas do Birmy roku 2007, do czasu Szafranowej rewolucji, kiedy to buddyjscy mnisi i studenci wyszli na ulicę, by protestować przeciwko rządom junty wojskowej. Z pełnometrażowych propozycji warto wspomnieć o singapurskim Praktykancie (2016, reż. Boo Junfeng), dostępnym w Polsce na DVD; Dearest Sister (2016, reż. Mattie Do) – horrorze z duchami z Laosu; czy wreszcie o Singing in Graveyards (2016, reż. Bradley Liew) – interesującym, pełnometrażowym debiucie z Filipin, zakwalifikowanym do konkursu głównego fryburskiego festiwalu filmowego.

Film Liewa opowiada historię niemal siedemdziesięcioletniego Pepe Madrigala. Jego mieszkanie wypełnione jest rozrzuconymi ubraniami, na stole zalegają puste kubki po czekoladowej owsiance (jedyny posiłek akceptowany przez Pepe) i małe figurki, z którymi od czasu do czasu rozmawia. Mężczyzna żyje na granicy jawy i snu. Być może dlatego, że od trzydziestu lat udaje Joeya „Pepe” Smitha – legendę filipińskiego rocka, zwanego również „filipińskim Mickiem Jaggerem”. To jego sposób na życie. Choć jest samotny, chwilami dotrzymuje mu towarzystwa „przyjaciółka” Mercedes – aktorka z aspiracjami niemogąca znaleźć pracy. Jednym ze współpracowników Pepe jest Paul (w tej roli Lav Diaz – znany w Polsce festiwalowej publiczności jako reżyser), który ma dla Madrigala znakomite wieści. Joey Smith postanawia zagrać pierwszy koncert od bardzo dawna i chce, aby to Pepe wystąpił przed nim. Jest tylko jeden warunek – musi napisać miłosną piosenkę…

W debiucie Bradley Liew wyznacza cienką granicę między faktem i fikcją. Podczas malowania figurek Pepe wymienia różne daty związane z życiem Smitha (za którego się uważa). Jednak fakty zostają przeinaczone, zaś daty i miejsca nie pasują do siebie. Pepe od dawna żyje w świecie wyobraźni, w świecie rockandrollowych koncertów i ogromnej popularności. Tym bardziej rzeczywistość staje się bezwzględna – między innymi w chwili, kiedy w przydrożnym barze przegrywa „konkurs” śpiewu z Macie – konferansjerką zabawiającą wieczorami gości. Elementy nieprzynależące do realnego świata zostały w niego wplecione niezwykle subtelnie. Jednym z ciekawszych przykładów może być iluzoryczność przestrzeni zamkniętej w bezczasie. Zjawisko to widoczne jest w jednej z pierwszych scen filmu, kiedy Pepe przygotowuje się do wyjścia na pogrzeb. Po rozmowie telefonicznej, w której zapewnia, że już wychodzi z domu, schodzi po schodach i natychmiastowo znajduje się w pokoju wypełnionym żałobnikami modlącymi się przed trumną. Podobna sytuacja ma miejsce w momencie, gdy Pepe dzwoni do Mercedes. Kolejny raz pojawia się scena na schodach: mężczyzna pyta o nazwę baru, z którego ma ją odebrać. Po chwili dostrzega, że za drzwiami znajdującymi się metr od niego Mercedes bawi się ze znajomymi. Kamera płynnie pokazuje przejście z domu do baru i z powrotem – krótko potem razem zmierzają na górę, w stronę sypialni. Fakt, że nierzeczywista przestrzeń zawsze wiąże się w jakiś sposób z postacią Pepe, potwierdza stan, w jakim ona żyje, chwilami wywołując nawet wrażenie jej nierealności.

W Singing in Graveyards Liew w nieprzeciętny sposób opowiada również o tożsamości indywidualnej, w opozycji do tej narodowo-historycznej. Przeszłość determinująca problemy związane z tożsamości większości krajów azjatyckich pojawia się tu tylko mimochodem, przy okazji problemów Pepe z odpowiedzią na pytanie: kim jestem? Dodatkową warstwę interpretacyjną może stanowić fakt, że w rolę Pepe wciela się sam Joey Smith. Film Malezyjczyka to również opowieść o przemijaniu i tęsknocie, które najlepiej opisują słowa tytułowej piosenki:

Śpiewam na cmentarzach.
Przez całą noc.
Śpiewam dla moich przyjaciół,
Wszyscy odeszli już dawno.
Śpiewam na cmentarzach.
Daleko od rodzinnych stron.
(…)
Oni wszyscy odeszli już dawno.
Jestem całkiem sam.

Sławomir Wasiński

Recenzja znajduje się pod adresem: https://wchlonietyprzezorient.wordpress.com/2017/05/09/daleko-od-domu-singing-in-graveyards-rez-bradley-liew/

 

Made with Red Heart on Twitter Twemoji 11.1 in Bytom

lub

Zaloguj się używając swojego loginu i hasła

lub     

Nie pamiętasz hasła ?

lub

Create Account