Normal
0

21

false
false
false

PL
X-NONE
X-NONE

Dla zaznajomionych z twórczością Luci Guadagnina („Jestem miłością”, „Nienasyceni”), okrzykniętego następcą Luchina Viscontiego, najnowszy film reżysera pozwala na istną orgię zmysłów. To kino zbudowane na afektach, fundamentach sztuki europejskiej (tutaj: hellenistycznej), nader charyzmatycznych postaciach. Kino, które niemal zaprasza widza do doświadczenia jego namacalnej jakości. W języku naukowym takie zjawisko zostało zgrabnie określone jako immersyjność, czyli „zanurzenie zmysłów”. O takich filmach się nie zapomina, za nimi się po prostu tęskni. „Tamte dni, tamte noce” (oryg.: „Call Me by Your Name”, sic!) to w zasadzie esencja sensualnej twórczości Włocha – wyciśnięta niczym morela (choć niektórzy mówią, że brzoskwinia) w osławionej scenie erotycznej.

Adaptację książki André Acimana Guadagnino poddał regułom swego specyficznego stylu. Znów operuje „rwanym” montażem na akcji, przeplatanym długimi, opieszałymi ujęciami. Znajdujemy się na prowincji, „gdzieś na północy Włoch”. Ogrody wydają się tu bardziej zielone niż wszystkie inne, woda jakby czystsza, owoce tak soczyste, że prawie zgniłe. Nawet zastawiony śniadaniem stół przypomina malarskie dzieło sztuki. Słowem: bajkowość, ale taka leśmianowska, pokryta wyczuwalnym zewsząd erotyzmem, który będzie musiał prędzej czy później znaleźć swe ujście. Nie trzeba dopowiadać, jaki finał będzie miało pokoleniowe spotkanie amerykańskiego doktoranta Olivera (Armie Hammer), z 17-letnim Elio Perlmanem (hipnotyzujący Timothée Chalamet), pewnego lata 1983 roku.

Elio jest synem szanowanego profesora zajmującego się kulturą greko-romańską. W każde wakacje pan Perlman zaprasza do swojej pięknej XVII-wiecznej willi stypendystę, który ma mu pomóc w badaniach. Przystojny a zarazem arogancki Oliver szybko skupia uwagę na sobie nonszalanckim, jankeskim sposobem bycia, który irytuje błyskotliwego nastolatka. Elio ma włosko-amerykańskie pochodzenie, w wolnych chwilach rozczytuje się w klasyce, akompaniuje Schönberga i Bacha. Sekunduje mu Guadagnino, wcielając do ścieżki dźwiękowej Maurice’a Ravela czy Sufjan Steven. Początkowa niechęć młodzieńca przybierze formę fascynacji starszym przybyszem. „Mój pokój jest twoim pokojem” – rzuci mimochodem Elio, zapraszając Olivera do swojego intymnego świata. 

Bohaterowie są elokwentni, oczytani, trochę więksi niż życie. Jednakże to, co naprawdę myślą i czują, zastępują półsłówkami i ukradkowymi spojrzeniami. Guadagnino przemawia zatem za nich, erotyzując otoczenie czy wymownie ich filmując – nie bez powodu ciało Olivera przypomina w kadrze wyłowiony z morza grecki posąg. Profesor Perlman analizuje archeologiczną zdobycz, eufemistycznie zagadując Olivera o „ponadczasowej niejednoznaczności” ludzkiego ciała – jego piękno zostaje zamienione w uczucie. Chemia pomiędzy dwójką bohaterów jest od początku ewidentna, w swej niejednoznaczności niewinna, a zarazem tak zamaszysta, że z czasem przypomina to grę we wzajemne, intelektualno-cielesne uwodzenie.

Relacja oparta na dyskretnej fizyczności, w której zamiast romantycznego pustosłowia prym wiedzie wymiana gestów i spojrzeń, była podstawą powieści Acimana. W filmie rozbuchane emocje bohaterów Guadagnino studzi liryczną stroną wizualną. Zamiast przerywającego niezręczną ciszę chrząknięcia, zestresowane ciało zaczyna się pocić, co można momentalnie zauważyć na letnich, lnianych koszulach. W skwarze północnego słońca Italii czas płynie wolniej, ludzie zdają się być ospali, pogrążeni w wiecznym miłosnym uniesieniu.

Do sielankowej (czyt.: nudnej) wakacyjnej atmosfery, pewny siebie Olivier wnosi powiew świeżości, wie, co powiedzieć; dokazuje, flirtuje, uwodzi, ale jednocześnie wykazuje się służbową odpowiedzialnością, dotrzymując kroku swojemu przełożonemu. Niczym Eros (znów Grecja) obnaża skrycie ukrywaną w człowieku namiętność. W pewnym momencie wyrasta też na duchowego orędownika jurnego młodzieńca. Kiedy Elio zauważa na szyi mężczyzny naszyjnik z gwiazdą Dawida, zakłada własny heksagram – jak gdyby to dopiero mężczyzna zza wielkiej wody musiał mu przypomnieć o istocie religii przodków.

Wszystko, czego w filmie doświadcza Elio, staje się inicjacją – jego gust, wrażliwość na sztukę, światopogląd, czy tym bardziej seksualność, dopiero się kształtują, ulegają przeobrażaniu. Chłopiec nie może o sobie powiedzieć, że woli dziewczyny, bo sypia z nimi na zakurzonym strychu. W takim razie jest gejem? To za proste – spotkanie Olivera jawi się w głowie bohatera jako jedna z wakacyjnych miłości, z chwilowym uniesieniem i bólem rozstania. A więc biseksualny? Powiedziałbym raczej: nieokreślony, bowiem Guadagnino unika szufladkowania, pochylając się nad Elio jako trudnej do sklasyfikowania indywidualności – bohater to kompozycja dojrzewającego ciała, wypełnionego młodą  duszą, w kluczowym dla siebie etapie życia.

Uczucie, zdaje się podkreślać reżyser, w pewnych aspektach życia nie dotyczy płci, czym neguje paradygmat orientacji seksualnej. Istnieje na zasadzie odruchu naturalnego, doświadczanego jak filmy Włocha: tu-i-teraz, gdzie miłość zastępuje obsesja, a obsesję  – pożądanie. W filmie przybiera ono formę materialną, która prowadzi do utraty pierwotnej niewinności – niedaleko tu do zrównania wspomnianej moreli do owocu z biblijnego drzewa poznania. Przyjemność pożądania staje się dla Elia wyzwoleniem, poszukiwanym celem w życiu. Może dlatego trudno powiedzieć jakim filmem „Tamte dni, tamte noce” w sumie jest – inicjacyjnym, love story, LGBT? A może po prostu takim, jakim jest?

Niebywałe, że James Ivory – prawie 90-letni dostojny Brytyjczyk znany z głośnych filmów kostiumowych („Pokój z widokiem”, „Okruchy dnia”), napisał tak młodzieńczy w duchu scenariusz, przypominający jego wcześniejsze dzieło o homoerotycznej tematyce – „Maurycego” (1987) wg powieści Forstera. W scenariuszu nagrodzonym Oscarem, zniwelowana zostaje przeszłość (bohaterowie tylko przez chwilę wpadają na portret Duce), przyszłość (mimo lat 80. film nie porusza kwestii AIDS), w pełni skupiając się na vintage’owej teraźniejszości. To też prawdopodobnie największa różnica pomiędzy książką a filmem. Aciman konstruował pełnowymiarową sylwetkę psychologiczną bohatera – dorosły (dojrzalszy) Elio wraca na kartach powieści do okresu nastoletniego, przepracowując kluczowe dla jego młodości spotkanie z Oliverem.

Wiarygodna interpretacja tej niewerbalnej medytacji uczuć spoczywa w głównej mierze na barkach aktorów. 21-letni Timothée Chalamet wyrasta w mojej opinii na najjaśniejszą gwiazdę (naj)młodszego pokolenia. Jego frenetyczny Elio wszystko potrafi wyrazić mową ciała, by w jednej scenie przejść przez różne stany emocjonalne – jak wtedy, kiedy dzwoni do swojej mamy (Amira Casar), prosząc, by po niego przyjechała.

Najbardziej poruszyła mnie jednak bezbłędna scena „szczerej rozmowy ojca z synem”, w której fenomenalny Michael Stuhlbarg cyzeluje słowa, strzepując popiół papierosa. Zamiast kazania, Elio (i widz) usłyszy: „Wypruwamy sobie żyły, by leczyć się szybciej, osiągnąć więcej, a w rezultacie, nim dożyjemy trzydziestki – jesteśmy bankrutami”. Życzmy sobie wszyscy, by nas to bankructwo ominęło.  

 

 

Made with Red Heart on Twitter Twemoji 11.1 in Bytom

lub

Zaloguj się używając swojego loginu i hasła

lub     

Nie pamiętasz hasła ?

lub

Create Account