Folia ściska twarz. Płonąca fotografia młodej dziewczyny wpada do metalowego kubła. Gasi ją masywna, hotelowa Biblia. „Sandy” – głosi złoty wisior. W tle słychać gniewne, ojcowskie rozkazy. Dziecko odlicza sekundy. Zakrwawiona chusteczka znika w odpływie. Agonalna próba wzięcia oddechu. Foliowy worek jeszcze głębiej wnika do niemo poruszających się ust. Dłonie wycierają młotek i zgarniają drobiazgi z łóżka do worka na śmieci. W końcu facet wychodzi na hotelowy korytarz i opuszcza budynek przez tylne wyjście. Masywny, brodaty drab to postać, do której umysłu przed chwilą weszliśmy – i pozostaniemy w nim przez kolejne półtorej godziny.

Joe (Joaquin Phoenix) jest człowiekiem do wynajęcia, najemnikiem. Przyjmuje nielegalne zlecenia, które wymagają umiejętności brutalnego i ostatecznego rozwiązywania problemów. Jedno z zadań wiąże go z młodą dziewczyną, córką senatora, która została porwana i wprowadzona w świat dziecięcej prostytucji. Pokręcony i przygnębiony bohater zostaje w ten sposób wrzucony w pokręconą i przygnębiającą historię, nieustannie oscylującą wokół zepsucia, mroku i czystego zła.

Historia opowiadana przez Ramsay jest adaptacją powieści Jonathana Amesa pod tym samym tytułem. Książka Amerykanina została uznana przez czytelników za zwykłą, sensacyjną pulpę. Reżyserka odwraca jednak punkt widzenia. W jej filmie przestaje być ważny czyn, a akcent przeniesiony zostaje na wykonawcę. Tym razem główny bohater to nie maszyna do zabijania, lecz zwyczajny, człapiący po chodnikach zjadacz chleba, zwykły „Joe”. U Ramsay mnożone przez człowieka krzywdy mają konsekwencje, a co najważniejsze: mają też bardzo poważne przyczyny. Mitologizowany płatny zabójca jest zwykłym, pracującym człowiekiem i bynajmniej nie wykonuje swojego zawodu z wielką chęcią.

Najważniejszym punktem filmu staje się więc pojedyncza postać i próba jej analizy. Kluczowy okazuje się, jakże oczywisty już w naszej współczesnej rzeczywistości, Sigmund Freud i wywodzący się z jego nauk psychologizm, często wykorzystywany w literaturze i kinie. Fundamentalna w analizie postaci jest jej przeszłość, zwłaszcza ta najwcześniejsza, tj. dzieciństwo. Z tego powodu Ramsay karmi nas krótkimi retrospekcjami, przypominającymi w wymowie nie tyle pełnoprawne sceny, ile tłumione, nieustannie powracające wspomnienia. Z jednej strony umożliwiają one interpretację na płaszczyźnie psychoanalizy, ale z drugiej gmatwają niektóre wątki m.in. poprzez ich chronologiczną niespójność. Trzeba jednak pamiętać, że to wspomnienia, których w pewnym sensie nie przedstawia nam Ramsay, lecz stworzona przez nią postać. Z tego powodu nie zawsze zgadzają się one ze sobą i ich znaczenie nie zawsze jest dla widza oczywiste.

Warto zwrócić uwagę, że podejmowany przez reżyserkę temat wydaje się analogiczny do idei przyświecającej jej przy „Musimy porozmawiać o Kevinie”. Osią filmu również były rozważania nad źródłem zła w człowieku oraz studium ludzkich zachowań. Najciekawsze jest to, że „Nigdy cię tu nie było” stoi w opozycji do wcześniejszego filmu. Zdaje się, że w „Musimy porozmawiać o Kevinie” Ramsay stara się dać nam do zrozumienia, że zło i ludzki charakter dane są a priori i tylko w niewielkim stopniu zależą od środowiska. W najnowszym filmie jej odpowiedzią na to zagadnienie jest jednak freudyzm i uwarunkowanie człowieka przez jego otoczenie i dzieciństwo. Te dzieła łączy wszakże jedno – człowiek podlega determinizmowi. Wcześniejsze zdarzenia warunkują późniejsze decyzje, ograniczając (lecz nie negując) wolną wolę.

Życie Joego to historia tortur, bólu, wrzasku i tłumionego gniewu. To opowieść o braku rozwoju, który spowodowany został wyrządzoną krzywdą, o czynach, które mają konsekwencje, o niszczącym wpływie przemocy, o bezsensowności ludzkiego zła. To historia o tym, że życie człowieka jest zjawiskiem skomplikowanym i kruchym. Joe nauczył się, że pocieszenie i ukojenie znaleźć można tylko w śmierci i bólu, że tylko one dają wolność. Jest to lekcja absurdalna, lecz już podświadomie wdrukowana w jego psychikę, rządząca jego zachowaniem.

Innym, równie ważnym wątkiem okazuje się historia córki senatora Niny (Ekaterina Samsonov), którą Joe ma uratować. Wraz z rozwojem akcji i dokładniejszym przedstawianiem historii bohaterki staje się coraz bardziej prawdopodobne, że główny wątek filmu jest lustrzanym odbiciem wątku ukrytego, niedosłownego i opowiadanego retrospekcjami, które widz musi sobie najpierw umiejętnie zinterpretować. Dwie osobiste historie prowadzone są równolegle i to właśnie ich podobieństwo napędza działania protagonisty.

Lynne Ramsay nic nie mówi wprost. Każe widzowi pracować, żeby zrozumieć, jak wszystkie rozrzucone luźno wątki łączą się w spójną całość. Pewną część finału zostawia domysłom widza. Jedna z równolegle prowadzonych historii nie ma jasnego zakończenia, urywa się przed samym końcem. Jeśli rzeczywiście prowadzone są one na zasadzie lustrzanego odbicia, pewne elementy trzeba sobie dopowiedzieć samemu.

Mimo że film traktuje głównie o przemocy, to ona sama jest ukrywana i ukazana jako coś intymnego. Agresja i okrucieństwo okazują się tutaj puste, nie dają ani widzom, ani bohaterowi żadnego spełnienia czy przyjemności. Częściej pokazywane są jako przyczyna bólu i smutku, czy to w przypadku Joego, zastrzelonych dzieci, czy też uduszonych, zastygniętych w niemym krzyku ludzi. Życie protagonisty ukazane jest jako chaos nieustannego cierpienia i walki, od którego nie może być wytchnienia.

„Nigdy cię tu nie było” jest niezwykle oryginalną, hipnotyczną autorską wizją. Przedstawienie postaci zabójcy jako zwykłego, a nawet słabego człowieka stanowi ciekawy, nowy głos dla całego gatunku, dalsze rozwinięcie postaci z „Gorączki” Michaela Manna, „Sicario” Denisa Villeneuve’a, „Aż do piekła” Davida Mackenzie’go czy z filmów braci Coen. Tym razem jednak przemoc sama w sobie jest największym wrogiem. Zostaje ona pokazana przez szkocką reżyserkę taką, jaka jest w rzeczywistości – wyłącznie jako źródło wielkich cierpień.

 

Made with Red Heart on Twitter Twemoji 11.1 in Bytom

lub

Zaloguj się używając swojego loginu i hasła

lub     

Nie pamiętasz hasła ?

lub

Create Account