Od czasu spotkania na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych Andrzej Wajda i Andrzej Wróblewski stali się dobrymi przyjaciółmi. Obaj byli świetnymi malarzami, utalentowanymi artystami i studentami uczącymi się pod czujnym okiem Tadeusza Kantora. Z punktu widzenia historii łączy ich wszakże inny, bardziej znamienity fakt – obaj artyści byli najgłośniejszymi głosami swojego pokolenia. Wajda ostatecznie budował swoje dobre imię i narodową tożsamość młodzieży w świecie kinematografii, Wróblewski pozostał przy malarstwie. Jeden jednak był niewygodny, wojujący i ambitny, drugi natomiast świadomy, że trzeba było się dostosować i przyczaić, nie ruszać z motyką na słońce. Jeden rozbłysnął nagłym, jasnym płomieniem, drugi powoli się rozgrzewał. I w końcu jeden został brutalnie zapomniany przez historię, a drugi przez tę samą wyniesiony na sam szczyt.

Andrzej Wajda nigdy nie zdecydował się nakręcić filmu fabularnego o Andrzeju Wróblewskim. W wywiadzie tłumaczył się, że przedstawiane były mu różne wersje scenariusza o życiu malarza, ale żaden ostatecznie nie przypadł mu do gustu. Spalił ostatnie mosty „Powidokami” i realizacją filmu dokumentalnego o tytule „Wróblewski według Wajdy”. Dokument ten jest trochę kompromisem. Wajda bowiem nie ignoruje całkiem malarza, ale przecież nie traktuje też tematu całkiem poważnie. Sądząc po przeciętnych „Powidokach”, być może nie była to całkiem zła decyzja. Błąd leży jednak gdzie indziej — reżyser powinien był z życia Wróblewskiego zrobić wielką narodową epopeję już dawno temu, najlepiej w latach 80., tj. u szczytu zdolności, sławy i możliwości. W końcu trzeba zauważyć, że życie Wróblewskiego jest gotowym scenariuszem – ekscentryczny, młody geniusz wywraca do góry nogami zastany porządek, próbując nadać artystyczną narrację swojemu pokoleniu. Staje się jednak kozłem ofiarnym i zostaje zniszczony, podobnie zresztą jak Władysław Strzemiński w „Powidokach”. Film zatytułowany „Rozstrzelania”, czyli identycznie jak najsłynniejsza seria obrazów Andrzeja Wróblewskiego, podejmująca temat cywilnych rozstrzelań podczas okupacji hitlerowskiej, mógłby być świeżym, bardziej rzetelnym komentarzem dotyczącym artystycznych przetasowań powojennych. Scysje w świecie sztuki, które osiągnęły swoje apogeum pod koniec lat 40., mogłyby być także wspaniałą metaforą dla wszystkich powojennych przemian, walk i różnic w opinii, a nawet, jeśli byłyby zręcznie przedstawione, mogłyby stać się uniwersalną historią o wiecznych, polskich nieporozumieniach. Jednakże podczas oglądania dokumentu można wywnioskować, czemu film nie powstał i powstać nie mógł. Andrzej Wajda nie był w stanie krytycznie podejść do tematu swojego kolegi. Mitologizował go i stawiał na piedestale, na którym mógł go do woli podziwiać. Nie byłby w stanie na kilka chwil go z tego piedestału z hukiem strącić. Nie mógłby go ukazać jako ofiary manipulacji, w wyniku której ułatwiono wprowadzenie socrealizmu i zatrzymanie na lata polskiej sztuki. Zarazem stał się on, Andrzej Wróblewski, najwybitniejszy z młodych artystów, kozłem ofiarnym, głupio zmarnował swój wspaniały talent i zmarł w biedzie.

Jakby Andrzej Wajda mimo wszystko podjął się realizacji takiej produkcji, nie mógłby zrobić jej w ostatnich latach swojego życia. Nie mógłby tematu starego przyjaciela potraktować po macoszemu, nie poświęcając walorom artystycznym filmu należytej uwagi. Jak widać w filmie dokumentalnym, nie był już u szczytu zdolności kognitywnych. Jesteśmy świadkami gubienia przez niego myśli, dywagowania i mylenia wydarzeń. Zresztą wystarczy obejrzeć „Powidoki”, aby przekonać się o słabnącej formie Mistrza. Czemu jednak nie podjął wątku w latach 70., 80. czy 90.? Sądząc po jego filmografii i podejmowanej wtedy tematyce kolejne roztrząsanie wojny nie wchodziło w rachubę. Musiała ona zostać rozliczona bardzo głęboko i tak też się stało tuż po niej. W końcu aż cztery pierwsze filmy Wajdy dotyczyły tego tematu. Obraz mógłby powstać jedynie w latach 60., tuż po śmierci malarza. Jednakże rana mogła być wtedy zbyt świeża, a postać Wróblewskiego odbierana zbyt ambiwalentnie. Niekoniecznie był on wtedy postacią pozytywną w polskim świecie sztuki. Wiemy jednak, że reżyser nie zapomniał wtedy o przyjacielu z młodych lat – jedna ze scen filmu „Wszystko na sprzedaż” (1965) ma miejsce podczas wystawy artysty.

Nie można mieć oczywiście reżyserowi za złe, że nie podjął trudnego i nieprzyjemnego dla siebie tematu. Film o niezwykłym życiu i śmierci Andrzeja Wróblewskiego najpewniej już nie powstanie, dla większości publiki jest to nieznana postać polskiego świata sztuki. Dzisiejsi twórcy natomiast prawdopodobnie nie będą zainteresowani tematem na kilometry pachnącym kostiumami, historią, klasyczną fabułą, wojną, mówiąc krótko – starą szkołą kina.

„Wróblewski według Wajdy” bez problemu broni się jako samodzielny film dokumentalny. Wajda opowiada w nim o Wróblewskim ze swojego punktu widzenia. Przytacza anegdoty, czyta ich listy i interpretuje obrazy. To pozycja obowiązkowa dla fanów Wajdy lub Wróblewskiego i oczywiście dla każdego miłośnika sztuki w ogóle. Zwłaszcza tej wielkiej i tej na wskroś polskiej.

 

Made with Red Heart on Twitter Twemoji 11.1 in Bytom

lub

Zaloguj się używając swojego loginu i hasła

lub     

Nie pamiętasz hasła ?

lub

Create Account