Jeszcze przed premierą o biografii Władysława Strzemińskiego było dość głośno. W obliczu tego, jak prężnie rozwinęła się krajowa kinematografia w ubiegłym roku (wystarczy podać przykład „Ostatniej rodziny” czy „Zjednoczonych stanów miłości”), wytypowanie do Oscara kolejnego dzieła autora Człowieka z marmuru  stanowiło przedmiot zażartych dyskusji. Polski Instytut Sztuki Filmowej przez wielu został zrównany z ziemią – i dość powiedzieć, że w tej krytyce tkwi odrobina prawdy. Do nominacji „Powidoków” raczej przyczyniły się nie kunszt produkcji, a nazwisko jej twórcy.

Jego koncept na fabułę był strzałem w dziesiątkę. Człowiek wybrany przez Wajdę bez dwóch zdań zasługuje na uwiecznienie w książkach czy na szklanym ekranie. To pionier awangardy w międzywojennej Polsce, twórca jednego z pierwszych europejskich muzeów sztuki nowoczesnej, u kresu swojego życia zdecydowany przeciwnik socrealizmu deprawującego sztukę, a prywatnie dość rozchwiany emocjonalnie partner życiowy Katarzyny Kobro. Perypetiami zawodowymi i prywatnymi Strzemińskiego można by obdzielić niejedną postać. Do tego, malarz doskonale wpisuje się w modny ostatnio nurt kina antysystemowego: po części korespondującego z wciąż żywą ideą prometeizmu, a dodatkowo stanowiącego komentarz do bieżących wydarzeń politycznych. Historia artysty dobrze współgra też z tym, co dotychczas realizował zdobywca Oscara: od powstańczego „Kanału”, poprzez „Człowieka z żelaza”, aż po stosunkowo świeżą ekranizację losów Lecha Wałęsy.

„Powidoki” z założenia obrały azymut usłany hollywoodzkim, czerwonym dywanem. Opus magnum reżysera, za którym stoi cała grupa uznanych postaci (wystarczy wspomnieć Pawła Edelmana odpowiedzialnego za zdjęcia czy muzykę stosunkowo niedocenianego Andrzeja Panufnika) miał wszelkie papiery nie tylko na to, by stać się blockbusterem. Okazało się jednak zgoła inaczej – film nie jest zły, ale emanuje od niego łopatologiczną, zbyt czarno-białą tendencyjnością.

Strzemiński został przedstawiony jako niekwestionowany, wręcz wyidealizowany heros. Sypie sentencjami dotyczącymi teorii widzenia jak z rękawa, odważnie przeciwstawia się przedstawicielom partii, studenci są w niego wpatrzeni jak w obrazek. We wszystkich działaniach pozostaje opanowany, burząc się tylko raz, gdy przez wzgląd na brak legitymacji plastyka nie może zakupić przyborów do malowania. Bogusław Linda dobrze poradził sobie z zagraniem tak jednowymiarowej postaci, starając się wycisnąć z niej jak najwięcej, jednak sztuczność niektórych scen przeważyła jego wysiłki.

Dla kontrastu – przedstawicielki płci pięknej nie poradziły sobie z udźwignięciem swoich ról.  Od młodej Bronisławy Zamachowskiej uosabiającej córkę Strzemińskiego bije niepotrzebną patetycznością. Studentka Hania (tu Zofia Wichłacz, szerszej publiczności znana z „Miasta 44”) wypada dość nieprzekonująco, a epizodyczne pojawienie się pretensjonalnej Róży Saltzman (Maria Semotiuk) zostawia niejasne niedopowiedzenie. Nad wszystkimi unosi się zaś duch wspomnianej już Kobro – z przymusu nieukazanej na ekranie, co z jednej strony nadało fabule tajemniczości, a z drugiej najzwyczajniej drażniło.

Szkoda, że dzieło potępiające socrealistyczną propagandę zaczęło przypominać ją w stopniu przerysowania. Zero-jedynkowość bohaterów i dość schematyczna dychotomia: artysta-partia nadały produkcji niepotrzebnego monumentalizmu. To, co sprawia, że scenariusz zaczyna przypominać podziurawiony szwajcarski ser, kryje się też w zbędnym nagromadzeniu motywów. Klamra kompozycyjna osadzona w pokoju przesłuchań, dialogi niczym z paradokumentu czy w końcu próba zdefiniowania artystycznych poszukiwań Strzemińskiego zdają się być miejscami wciśnięte na siłę. W tak skondensowanej formie wszystko zlało się w masę, z której trudno wyrzeźbić statuetkę Oscara.

Dlaczego zatem film nie jest zły? Wajdzie mimo wszystko udaje się tchnąć w widza uniwersalne wartości. Przejaskrawiona, komunistyczna diegeza produkcji oddaje to, jakie przeciwności mogą spotkać na swojej drodze niepokorni indywidualiści. W obliczu problemów, przed jakimi staje świat, kluczowe zdaje się też jej przesłanie dotyczące szeroko rozumianej wolności. Brak swobody, jaki zaczyna niekiedy doskwierać artystom, burzy sztukę, która z założenia ma być niczym nieskrępowana.  I choć można było przekazać tę ideę w mniej patetyczny, a zarazem bardziej subtelny sposób, warto zobaczyć ostatnie dzieło mistrza. Koniec końców, za post-romantyczną i przebrzmiałą warstwą artystyczną Powidoków kryje się nie tak oczywiste dla współczesności przesłanie.

Made with Red Heart on Twitter Twemoji 11.1 in Bytom

lub

Zaloguj się używając swojego loginu i hasła

lub     

Nie pamiętasz hasła ?

lub

Create Account