Jeśli chcielibyśmy zrobić krótki poradnik „Jak zmarnować 6 milionów dolarów?”, musielibyśmy wziąć pod uwagę kultowy film Tommy’ego Wiseau (wym. Łaizoo?) o enigmatycznej, bo nie wiadomo skąd wziętej nazwie  „The Room”. Powiedzmy sobie szczerze i otwarcie: wszystko było złe.

Zacznijmy od tytułu – co miał na myśli autor? Rzecz nie dzieje się w jednym pokoju, jak również jakiś określony pokój nie jest wiele ważniejszych od innych pomieszczeń. Być może była jakaś koncepcja, ale, jak wszystko inne w tym filmie, zagubiła się pod drodze.

Całe aktorstwo (na czele z kim? Oczywiście, że z Tommym Wiseau!) powiedzmy, że „nie stało najwyższym poziomie”. Kilkadziesiąt razy powtarzający się charakterystyczny śmiech Johnny’ego, który oczywiście jest w znacznej większości nieadekwatny do sytuacji (bo po co?), Juliette Danielle (która grała przez większość filmu niezdecydowaną seksualnie kobietę) oraz reszta aktorów, wziętych w większości do scen, które nie miały prawa bytu (ale o tym później).

Błędów w rozplanowaniu wszystkich scen było tyle, że na wypisanie ich wszystkich nie starczyłoby miejsca w kilkusetkartkowym zeszycie. Co najmniej kilkanaście razy bohaterowie wychodzili z domu (na dwór), a po sekundzie już byli na dachu. Dalej: dlaczego nasz dzisiejszy ulubiony bohater chodzi po domu tak, aby nikt go nie usłyszał, skoro… nikogo nie ma w domu? Inny przykład: Lisa namiętnie kocha się z Johnnym (absolutnie nie będąc do tego zmuszaną). Chwilę później mówi, że nie robiła tego od długiego czasu. Czy też Mark (nieszczęsny Greg Sestero), który za każdym razem jest zaskoczony, jakże szczerze zaskoczony!, że Lisa przed nim się rozbiera i za każdym razem mówiąc, że przecież Johnny jest jego przyjacielem chętnie wskakuje z nią do łóżka. Dlaczego Danny pcha się do łóżka pomiędzy Johnny’ego a Lisę? Tylko po to, żeby powiedzieć, że chyba chcą być sami??? 

A o co chodzi z tą parką, która zwala się Johnny’emu na chatę, żeby się pobrykać – i dlaczego mają obsesję na punkcie żarcia podczas seksu???

Cała historia jest tak niedorzeczna, że aż trudno znaleźć odpowiednie epitety. Wszystko przebija jednak scena w kwiaciarni. Johnny wchodzi, prosi o róże. Kwiaciarka rozpoznaje go dopiero, kiedy zdejmuje okulary przeciwsłoneczne – przecież każdy w USA wygląda dokładnie tak, jak on. Druga ciekawa rzecz związana z tą sceną, to *słynny* tekst „Oh hi doggie!” – podobno pies był tam przez przypadek i nie zauważył go nikt poza Wiseau.

Zresztą, zobaczcie sami: https://www.youtube.com/watch?v=2hqO4hLKVqc

 Mamy także kilkanaście (jeśli nie kilkadziesiąt) kompletnie niepowiązanych ze sobą ani z resztą filmu scen zajmujących połowę filmu. OK., wiemy, że Johnny bardzo kumpluje się z Markiem. Kilka scen rzucania piłką do futbolu amerykańskiego nam wystarczy, żeby pojąć, że są „w dobrych relacjach”. Czy więc już ich nie będzie? Bzdura! Na dodatek kilka razy jeden czy drugi bohater się przewraca zabierając kolejne minuty „popisu”. Ale mamy też kilkanaście kompletnie bezsensownych scen, nie wnoszących kompletnie NIC do fabuły. Po co nagle jakaś bajka z narkotykami? Po co cała akcja z rakiem piersi?  Nie wiadomo. I choć niektóre mistrzowskie filmy mają mnóstwo scen, które początkowo zdają nam się niepotrzebne, to w jakiś sposób później się łączą i odnajdujemy ich sens. Oczywiście trzeba dołączyć wiele (już nie liczę) obrazów perspektywy „miejskiej dżungli”, sztucznych palm, mostu San Francisco i innych kompletnie znikąd wziętych miejsc.

Jedynym dopuszczalnym elementem była muzyka – sama w sobie kiczowata, ale pasująca do niepowtarzalnej ‘atmosfery’ filmu. Oczywiście jej montaż był fatalny. Cała fabuła była żenująca. Po co cztery sceny seksu, w tym 3 umieszczone po kolei? 

Wszystko OK. Można by było zrobić nawet film erotyczny, nawet z podobną muzyką, nawet trochę mniej fabuły i trochę lepszym aktorstwem. To by było przynajmniej stosunkowo lepsze. A tak? Mamy film, po którego obejrzeniu czujemy się jakby ktoś wlał nam mocno stężony kwas siarkowy VI do mózgu.

Ale jak zwykle: są fani takich filmów. Aczkolwiek każdy, kto wie, że nie będzie to „mistrzostwo świata”, może się pośmiać. W tym wypadku najbardziej chyba szkoda sześciu milionów dolarów (zwróciło się 1800$). Ale cóż: czasem trzeba obejrzeć film zły, aby docenić dobry…

A teraz najciekawsze, czyli ciekawostki na temat The Room:

W książce „The Disaster Artist” Greg Sestero napisał, że Tommy Wiseau potrzebował 32 ujęć, żeby wypowiedzieć wielce skomplikowaną kwestię „It’s not true! I did not hit her! It’s bullshit! I did not. Oh, hi, Mark!” – wszystko to z (nie wiadomo czemu) zamkniętymi oczyma. A jak trudna to scena, zobaczcie: https://www.youtube.com/watch?v=_vRysBZk6iQ

Zdanie „Oh hi” ma miejsce 9 razy, a „Oh, hey” siedem razy – głównie przez Johnny’ego

Tommy Wiseau nalegał, by jego goły tyłek był odkryty podczas scen seksu – uważał, że inaczej film się nie sprzeda. Dodatkowo sceny seksu były nagrywane niemal publicznie – wszyscy aktorzy mieli być obecni na planie przez cały czas w razie, gdyby Tommy wpadł na pomysł użycia kogoś w tle w danej scenie.

Tommy Wiseau miał obsesję na punkcie Matta Damona i postać grana przez Grega Sestero została nazwana na jego cześć – ale Tommy źle zrozumiał, jak Matt (oryginał) miał na imię. Stąd Mark …

Jeden z aktorów (grający Petera, jednego z bliższych przyjaciół J.) musiał wcześniej wyjechać z planu, dlatego w ostatniej scenie nagle, znikąd, bez powodu, pojawia się całkowicie nowa postać (Steven), kolejny z bliskich przyjaciół, którego dotąd nie było w filmie. Jedne z ostatnich słów Petera to przypadkowo sfilmowane słowa pożegnania (That’s it, I’m done) – wydaje się, że gdzieś się spieszy w danej scenie, a on faktycznie znika z filmu.

Tommy Wiseau prawdopodobnie pochodzi z … Polski. Jego prawdziwe nazwisko to być może … Wieczór (lub Wieczorkowski). Być może dlatego nie potrafi sobie poradzić z dialogami, które sam napisał. Są też sceny, w których wypowiada słowa niezrozumiałe dla nikogo na planie.

Wiele scen jest nieostrych, bo nikt nie sprawdzał nastawy obiektywu.

Tommy Wiseau był tak przejęty filmem i tak serio go traktował, że stwierdził iż nikt nie będzie w stanie spać przez dwa tygodnie po obejrzeniu. Prorok?

Oryginalny scenariusz był dłuższy od końcowego i był już na planie przerabiany przez aktorów i inne osoby – był pełen tak złych monologów, że nikt (poza Wiseau?) nie wiedział, o co w nich chodzi. Jeden z aktorów powiedział w wywiadzie, że trudno wyobrazić sobie teksty gorsze od tych, które się pojawiły w filmie, ale jednak tak było.

Ostatnia uwaga: Jeśli ktoś tak jak ja chce doświadczyć  piekła, trzeba oglądać po angielsku. Śmiech Tommy’ego Wiseau jest niepowtarzalny. Oglądacie na własne ryzyko (źródło – Everything Wrong With The Room In 8 Minutes Or Less): https://www.youtube.com/watch?v=mvuwldnG7c0&t=2s

Made with Red Heart on Twitter Twemoji 11.1 in Bytom

lub

Zaloguj się używając swojego loginu i hasła

lub     

Nie pamiętasz hasła ?

lub

Create Account