Odgrzebywanie zabliźnionych ran to proces zaiste bolesny. Jeśli dodamy, że zadraśnięcia dotyczą najbardziej unerwionej części ludzkiego ciała, jaką jest umysł, skala bólu momentalnie wzrasta zarówno autentycznie, jak i w naszej wyobraźni. Wiercenie słowami i przywoływanymi wspomnieniami, drążenie zapomnianych, skrytych w podświadomości zdarzeń jest niczym chodzenie po rozżarzonych kamieniach – przynosi ból. Bywają jednak sytuacje, w których by móc doświadczyć wyższego poziomu świadomości, trzeba zaznać właśnie tego rodzaju sytuacji granicznej, wyjść ze strefy komfortu. Bohaterowie filmu Joachima Triera Głośniej od bomb wiercąc się w błocie półkłamstewek, coraz głębiej zanurzają się w grząską breję pozorów powodujących nawarstwianie problemów.

W Polsce mogliśmy usłyszeć/przeczytać o odczuciach żony korespondenta wojennego – Grażyny Jagielskiej. Każda z jej książek odsłania mroki i ciemne zaułki drogi, z jaką przychodzi zmagać się kobiecie, której druga połowa każdego dnia, dobrowolnie, narażona jest na widmo niebezpieczeństw, a nawet śmierci. Celowo użyłam określenia „druga połowa”, gdyż uwidacznia ono destruktywny wpływ tego rodzaju ryzykownej pracy nie tylko na zdrowie i psychikę reportażysty, ale także kondycję psychofizyczną współmałżonka. Żona Wojciecha Jagielskiego wielokrotnie w swoich dwóch pierwszych książkach przełamywała tabu, zaś swą najnowszą pozycją – Anioły jedzą trzy razy dziennie. 147 dni w psychiatryku – opisując swój pobyt w szpitalu psychiatrycznym, ostatecznie znokautowała niedowiarków, którzy nie potrafią wyobrazić sobie wielości wyrzeczeń i bolączek, jakie ponosi współuzależniony od wojennego strachu. Dzięki tej parze dowiedzieliśmy się, jakimi traumami dla wielu osób okupiona jest praca korespondenta wojennego oraz z jak wieloma cykutami i wstrząsającymi przeżyciami muszą mierzyć się zainteresowani wraz z całymi rodzinami. I choć Głośniej od bomb na pierwszy rzut oka nie traktuje o zespole stresu pourazowego (PTSD), ani nie uchyla tajemnicy przeżyć wojennych, niechże nie zwiodą Cię, Drogi Widzu, pozory! Gdy zajrzymy pod płaszczyznę zachowania głównych bohaterów, przeanalizujemy splot wydarzeń i ciąg przyczynowo-skutkowy zastanych sytuacji, prawdopodobnie dojdziemy do punktu wyjścia powyższych deliberacji. Pobyt w szpitalu psychiatrycznym Grażyny Jagielskiej stanie się zaś potwierdzeniem zawiłości i skali problemów, jakich doświadczają bohaterowie obrazu. Ich lęki i strach, choć przytłumione, stłamszone i niewidoczne, są jak kołowrotek, który wrzyna się w umysł, głęboko siejąc spustoszenie i powodując nieznośny hałas w głowie, Głośniejszy od bomb

Wojciechem Jagielskim Głośniej od bomb – choć nie korespondentką literacką, a fotograficzną – jest Isabelle. W tej roli olśniewająca Isabelle Huppert, którą upodobał sobie m.in. Michael Haneke. Nic dziwnego, bo jest to aktorka nie tylko posługująca się wszechstronnym areałem umiejętności technicznych, lecz także posiadająca w sobie trudną do uchwycenia i zdefiniowania, bo oczywiście subiektywną, mieszankę cech z pogranicza magii, dzikości, ale także furii czy szaleństwa. Takim wachlarzem doznań karmiła mnie niezapomnianą rolą w ekranizacji powieści Elfriede Jelinek – Pianistce – w reżyserii wspomnianego wcześniej Austriaka. Być może Joachim Trier wprowadzając w skład ekipy Głośniej od bomb, właśnie tę aktorkę, chciał bazować na tego rodzaju wspomnieniach widzów? Przecież spokojna Isabelle musi ukrywać jakąś tajemnicę, inaczej w tej roli osadzona zostałaby kobieta o innym potencjale, czyż nie? Podążając tym tropem, szlakiem interpretacji – tudzież nadinterpretacji – mąż głównej bohaterki, Gene, grany jest przez pana psychoterapeutę, przepraszam – nie lekarza dusz, a Gabriela Byrna… Mimo wielości ról, w jakich osadzany był przez lata Irlandczyk, w mojej głowie na zawsze zakotwiczyła się genialnie poprowadzona postać doktora Paula Westona z serialu In Treatment. W Terapii życie wewnętrzne pacjentów splata się i zaciera z rozterkami osobistymi lekarza, zaś oglądając Głośniej od bomb, nie sposób nie skonfrontować przeżyć bohatera tego jednego z najciekawszych seriali wszech czasów z sytuacją męża fotografki wojennej. Po prostu wszystkie te role, problemy i tajemnice nakładają się na siebie, tworząc kosmos porównań oraz potęgując doznania. Śmiem twierdzić, że tego rodzaju konfrontacji i paralel nie przewidział sam reżyser i dobrze, cytując Korę Jackowską:„paranoja jest goła”/moja”.

Najnowszy obraz twórcy znanego z Reprise. Od początku raz jeszcze… wymyka się konkretnym kryteriom oceny. Utkany jest ze strzępów ciągów przyczynowo-skutkowych naprzemiennie wymieszanych z nielinearna narracją. Trudno zatem opisać, o czym traktuje, gdyż zawężałoby to jego sens. Można oczywiście pokusić się o krótki opis z rodzaju: dramat rodziny zapętlonej we wspomnieniach o zmarłej kobiecie, która skrywając tajemnice, doprowadziła do różnorodnych opinii o sobie samej. Według mnie jednak zgoła ciekawszą drogą jest skupienie uwagi na przyczynach zachowań i trosk bohaterów aniżeli definiowanie i określanie ich stanu. Film z minuty na minutę odsłania nieodkryte karty, grając ze swoimi bohaterami, ale także z widzem, w pasjansa. Trier jedynie zaznacza, że główna bohaterka część swojego życia spędzała w rozjazdach, zajmując się fotografią wojenną. Nie doświadczamy dzięki niemu wizerunków militarnych potyczek, ani też nie dowiadujemy się o procesach zachodzących w bohaterce na skutek podróży służbowych. W tym sensie filmowi daleko do komiksu Didiera Lefèvre – Fotografa – będącego kolażem rysunków i zdjęć dokumentujących oraz szczegółowo relacjonujących jego wyprawy do Azji Środkowej i Południowo-Zachodniej. Trier odchodząc od tego rodzaju narracji, w zasadzie rezygnuje doszczętnie z nacisku na wyprawy fotograficzne Isabelle, przekładając tym samym pole eksploatacji na złożoność osobowościową młodszego syna, złożoność relacji między Isabelle i jej mężem oraz na zachowania swoich bohaterów postawionych w sytuacjach granicznych. Upierała się jednak będę przy założeniu o sensowności i ważności wprowadzenia do trzonu fabularnego zawodu fotografki wojennej, a tym samym ważności konsekwencji wynikających z wykonywania tego rodzaju pracy dla całej rodziny Reed.

Joachim Trier nie pokusza się o tanie i łatwe chwyty uwypuklające dramatyzm. Zdecydowanie stawia na konsekwentnie i świadomie nawarstwiającą się problematykę, która sprawia, że widz wierzy zastanej historii. Jednym ze sposobów na osiągnięcie tego celu było na pewno napisanie mądrego, zapętlonego i nieoczywistego scenariusza, jaki powstał we współpracy ze stałym współpracownikiem reżysera – Eskilem Vogt’em. Kolejną słuszną procedurą było skupienie się na niełatwej, intymnej historii rodziny, bez zbędnego wprowadzania wielu pobocznych zdarzeń czy bohaterów. Na uznanie zasługuje również obsadzenie w rolach atrakcyjnych – pod względem warsztatu oczywiście – aktorów, którzy wykreowali niepompatyczny, a skromny klimat mimo silnej pozycji, jaką pełnią na rynku. Poza wspomnianą Isabelle Huppert i Gabrielem Byrnem, w skład ekipy reżyser odważnie, ale też ryzykownie, wciągnął hollywodzką gwiazdę ostatnich lat, jaką jest Jesse Eisenberg. Na uwagę zasługuje Devin Druid wcielający się w postać zaburzonego, zagubionego młodzieńca, któremu utrata matki nie ułatwiła procesu budowania tożsamości. Ciekawa rola, w której bezproblemowo można było przekroczyć granicę pomiędzy naturalnością a zbytnią ekspresją, z jaką do czynienia mieliśmy w relatywnie podobnej roli Jakuba Gierszała w Sali samobójców. Druid uniknął fiaska, ale można było się tego spodziewać po dobrym debiucie w miniserialu Olive Kitteridge. Skojarzenie z polską produkcją nie jest bezpodstawne, gdyż ojciec Devina próbuje doświadczyć problemów syna, wniknąć w jego psychikę, logując się do gry komputerowej, w którą gra potomek. Przedostając się do świata wirtualnego należącego, w pewnym sensie, do młodego pokolenia, stara się zatrzeć granicę międzypokoleniową i jest to subtelniejsze niż we wspomnianym obrazie Jana Komasy.

Głośniej od bomb zapamiętam jako obraz o niemożności skomunikowania się bliskich sobie ludzi, którzy zamykając się na siebie, stwarzają wokół coraz większe mury. Zapory milczenia, ignorancji, kłamstw oraz wyimaginowane wizje dotyczące wzajemnych wizerunków członków rodziny stają się tym silniejsze, im dłużej trwa budowanie tego rodzaju wieży Babel. Wieży, którą da się zburzyć szacunkiem i wymazaniem traum z przeszłości, nie zaś pobudzaniem atmosfery kłótni. W tym sensie drugi człowiek, jego nachalna ingerencja oraz prawda, jaką w sobie niesie, może być Głośniej(sza) od bomb. Conrad myśli, że jego matka zginęła w nieszczęśliwym wypadku, w rzeczywistości jednak okaże się inaczej. Konfrontacja przeświadczenia, z jakim żył, z autentyczną historią będzie go kosztowała więcej aniżeli skrywanie się w kloszu nieprawdy, choć bezpiecznej. O tego rodzaju ważeniu, rachunku zysków i strat traktuje ten obraz. Doprawdy wartościowa oraz inspirująca produkcja.

 

Recenzja ukazała się 1 kwietnia 2016 roku na portalu Głos Kultury: http://www.gloskultury.pl/bladzac-we-wspomnieniach-joachim-trier-glosniej-bombrecenzja/

Made with Red Heart on Twitter Twemoji 11.1 in Bytom

lub

Zaloguj się używając swojego loginu i hasła

lub     

Nie pamiętasz hasła ?

lub

Create Account