Alejandro Gonzáles Iñárritu, po wielkim sukcesie ostatniego dzieła Birdman (4 Oscary – film, reżyser, scenariusz, zdjęcia), postanowił zaczerpnąć świeżego powietrza i poszerzyć horyzont. Z miejskiej dżungli i ciasnych pomieszczeń przeniósł widza w nieskończone przestrzenie Gór Skalistych. Opowiedział historię opartą na faktach. Zaangażował świetnych aktorów, sprawdzonego operatora i uruchomił wielką machinę promocyjną. Być może właśnie obietnica kolejnej wielkiej produkcji wzbudziła we mnie ogromną nadzieję na to, że film wstrząśnie moją wrażliwością i zaspokoi potężne oczekiwania estetyczne. Przyczyniła się do tego zapewne również presja mediów i światowej społeczności – wszyscy przecież czujemy, że Leonardo DiCaprio powinien w końcu dostać Oscara! Czy te nadzieje zostały spełnione?

Pod względem treści film jest spójny i bardzo przejrzysty. Reżyser prowadzi akcję ostrożnie, umiejętnie budując tło dla głównego wątku. Bardzo szybko okazuje się, że to, co widzimy na pierwszym planie (walka o przetrwanie determinowana przez pragnienie zemsty), jest pretekstem do powiedzenia o czymś ważniejszym. Zjawa jest bowiem filmem o samotności. I o tym, że człowiek podlega tym samym prawom natury, co każde zwierzę. I jeszcze o jednym – że człowiek potrafi być gorszy od zwierzęcia…

Grupa żołnierzy i myśliwych, których przewodnikiem jest Hugh Glass (Leonardo DiCaprio), wędruje przez lasy i wzgórza w poszukiwaniu zwierzyny. Wszystko, co upolują, mają zamiar sprzedać. Atak Indian zmusza ich jednak do obrania nowego szlaku. Od tego momentu historia zaczyna przyjmować charakter metafory.

Wędrujący leśnymi i górskimi ścieżkami traperzy przypominają stado, które narażone jest na niebezpieczeństwa czyhające z każdej strony. Rany odniesione przez jednego z osobników (walka Glassa z niedźwiedziem) wystawia gromadę na próbę. W obliczu zagrożenia pozostałych członków stada, jednostka zostaje ostatecznie odrzucona i skazana na samotną śmierć. Koncepcję tę uwiarygodniła scena, w której bohater obserwuje watahę wilków atakujących stado bizonów. Żadne zwierzę nawet nie próbowało odpędzić drapieżników. Bizonów było kilkadziesiąt, wszystkie potężniejsze od wilków, a jednak ofiara została osamotniona w walce z kąsającymi napastnikami. Czy nie taki właśnie los spotkał Glassa?

Bohater jednak miał w sobie ogromną wolę życia. Instynkt przetrwania nakazywał Glassowi szukać pożywienia, zapewnić sobie ciepło, bezpieczeństwo i wyleczyć rany. Znamienna jest scena, w której po skoku z urwiska podczas ucieczki przez Indianami nagi Glass kryje się przed śnieżycą we wnętrzu ciała martwego konia. Zachowanie bohatera nie zdziwi – był to jedyny sposób na przeżycie. Nie mogłam oprzeć się jednak wrażeniu, że scena ta ma również metaforyczne znaczenie. Ukrycie się w brzuchu zwierzęcia, a później wydostanie się z niego na zewnątrz odczytać można jako symbol ponownych narodzin. Glass odzyskuje siły i uniknąwszy śmierci powraca do świata żywych.

Coś jeszcze motywowało mężczyznę do walki o życie – pragnienie zemsty. Uczucie to – zazwyczaj obce naturze – determinowało postępowanie przewodnika i dodawało mu sił. Finałowa scena – konfrontacja Glassa z Fitzgeraldem (najlepsza rola Toma Hardy’ego, jaką widziałam) – mimo swej przewidywalności wydaje się być najlepszym zakończeniem historii.

Konwencja artystyczna, którą przyjął reżyser, przejawia cechy typowe dla naturalizmu. Świadczą o tym przede wszystkim liczne analogie rysowane między światem zwierząt a światem ludzi. Człowiek jawi się tu jako jeden z wielu elementów przyrody, podlegający jej prawom – okrutnym i bezwzględnym. Drastyczne sceny walk (atak niedźwiedzia, choć w całości wykonany w pracowni komputerowej, naprawdę robi wrażenie) nacechowane są realizmem. Sprzyja temu charakteryzacja, dzięki której rany i blizny wydają się być prawdziwe, a na twarzach rzeczywiście „maluje się” zmęczenie i ból. Nie bez znaczenia dla budowania podobieństw między ludźmi a przyrodą jest rola zdjęć. Emmanuel Lubezki (Oscar za film Grawitacja i Birdman) po raz kolejny stworzył doskonale nakręcone kadry, w których człowiek wtapia się w monotonny zimowy krajobraz – podobnie jak czynią to zwierzęta. Szarości, biel i przygaszona zieleń to barwy dominujące w obrazie Iñárritu. Akcja rozgrywa się w porze zimowej, więc barwy również są chłodne, wyblakłe, jakby pozbawione życia. Zdarza się jednak, że kadr rozświetlony zostaje przez blask promieni słońca, które powstawały jakby w soczewce kamery. Uroda tych zdjęć, ich perspektywa, kompozycja i kolorystyka nadają historii wysoki walor artystyczny. Nawet podczas brutalnej sceny ataku Indian na obóz widać szczególną troskę operatora o to, by sekwencja zdarzeń pokazana była w sposób wyjątkowy. Mam tu na myśli długie ujęcia, w których kamera biegnie za jednym bohaterem, by nagle zmienić kierunek i ruszyć za inną postacią. Ósma nominacja do nagrody Akademii z pewnością została przyznana Lubezkiemu słusznie.

Obrazowi towarzyszy muzyka Ryuichi Sakamoto i Carstena Nicolai. Jako dzieło autonomiczne kompozycje zdają się być nieco monotonne, ale nie są pozbawione uroku. Muzyka filmowa jednak musi służyć przede wszystkim obrazowi, a ten cel kompozytorzy osiągnęli z wielkim powodzeniem. Zimny klimat zdjęć pogłębia jeszcze bardziej chłodna tonacja muzycznej ilustracji opartej głównie na smyczkach i ciekawych efektach akustycznych. Brzmienia orkiestry wypełniają szerokie przestrzenie, jakie rozciągają się przed naszymi oczami, potęgując uczucie osamotnienia bohatera.

Nadszedł moment, w którym muszę ocenić grę aktorską. Napiszę za chwilę zdanie, które miało brzmieć inaczej. Muszę być jednak szczera i wobec siebie, i wobec Czytelników, dlatego stwierdzam to, co następuje: rola Leonarda DiCaprio jest dobra, ale nie zasługuje na Oscara. I już. Stało się. Bardzo bym chciała móc powiedzieć coś zupełnie przeciwnego, jednak mimo mojej ogromnej sympatii do aktora i mimo podziwu dla jego poprzednich kreacji, w tym roku to nie on zasłużył na najwyższe uznanie Akademii. Prawdą jest, że praca na planie nie należała do najłatwiejszych. Odnoszę jednak wrażenie, że nie tyle brak umiejętności DiCaprio, co charakter roli określony w scenariuszu ograniczał możliwości zaprezentowania warsztatu aktorskiego. Gdybym miała wskazać kogoś, kto zwrócił moją uwagę w filmie, z pewnością wskazałabym na Toma Hardy’ego. To jego postać jest bardziej interesująca i złożona. Fitzgerald nie przewidywał, że wyprawa po skóry i prowadzenie interesów z wojskiem zakończą się tak dramatycznie. Pod wpływem zaistniałych okoliczności bohater popełnia czyny, które nawet w surowych warunkach i w obliczu ogromnego ryzyka nie są akceptowane ani przez pozostałych uczestników wyprawy, ani przez widza. Tom Hardy doskonale ukazał mroczną naturę swojego bohatera. Aktorski pojedynek między nim a DiCaprio wygrywa tym razem Hardy.

Zjawa to film dobry – ze spójną fabułą, sugestywnym klimatem, pięknymi zdjęciami i niezłą muzyką. Kreacje postaci zbudowane są solidnie, relacje między bohaterami wydają się wiarygodne… Wszystko w tym obrazie jest na miejscu, a jednak po seansie czuję pewien niedosyt. Zapowiedzi mówiące o tym, że film Iñárritu jest arcydziełem, a rola DiCaprio to pewny Oscar, okazały się przesadzone. Artyści, którzy osiągnęli w swojej dziedzinie wielki sukces, mają bardzo trudne zadanie – publiczność oczekuje, że każdy kolejny akt twórczy będzie jeszcze doskonalszy od poprzedniego. W Zjawie ani reżyser, ani aktorzy (z wyjątkiem Hardy’ego), ani operator – nie osiągnęli kolejnego etapu rozwoju talentu. Nie oznacza to jednak, że ich praca jest słaba. Być może to my wymagamy zbyt wiele od ludzi, którzy są świetni w tym, co robią. Zatem w imię uczciwości powtórzę – Zjawa to film dobry. Tylko i aż. Być może ocena zależy od naszych oczekiwań. Moje były wielkie. Może zbyt wielkie. Rozstrzygnijcie sami.

Made with Red Heart on Twitter Twemoji 11.1 in Bytom

lub

Zaloguj się używając swojego loginu i hasła

lub     

Nie pamiętasz hasła ?

lub

Create Account