Film László Nemesa to debiut niemal wymarzony. Od czasu premiery i triumfu w Cannes szturmem zdobywa przychylność krytyki oraz międzynarodową widownię, a lada chwila zwieńczeniem będzie najprawdopodobniej Oscar dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego. Co w takim razie jest katalizatorem sukcesu filmu na, zdawałoby się, oklepany temat?

Pierwsza myśl, jaka przychodzi do głowy, to oczywiście fakt, że tematu Holocaustu w kinie włodarze wszelkich filmowych stowarzyszeń nie mogą ignorować. Kwestia ważna i drażliwa, wykorzystywana nie tylko przez Hollywood w celu stworzenia wielu romantyczno-patetycznych opowieści sprawiła, że Agnieszka Holland swego czasu powiedziała: „Z Holocaustu nie płynie żaden morał. Dlatego tak często filmowcy chcą go umoralnić i nadać mu sens. Wychodzi z tego kicz”. Syn Szawła z popkulturową wersją wydarzeń nie ma nic wspólnego, a scenariusz w ogóle pełni w nim rolę drugorzędną. Nie znajdziemy więc postaci dobrego Niemca, sadystycznego współwięźnia, batalii o ludzką godność czy wzajemnego podtrzymywania się na duchu. Nic nie wiemy o bohaterach, to figury enigmatyczne, wrzucone w piekło obozu koncentracyjnego Auschwitz, których losy splatają się z konieczności. Szaweł został przydzielony do Sonderkommando pracującego przy komorach gazowych, pomaga więźniom się rozbierać, potem przeszukuje ich ubrania, myje podłogi i przenosi nagie, martwe ciała na wózki jadące do krematoriów. Po kolejnym gazowaniu widzi dogorywającego chłopca i wydaje mu się, że to jego syn. Wbrew obozowej rzeczywistości postanawia go godnie pochować. Tymczasem inni więźniowie z oddziału szykują ucieczkę.

Dzieło Lászla Nemesa to doświadczenie przepełnione naturalizmem, niezwykle intensywne, niemal przekreślające dotychczasowe próby zmierzenia się z historią Zagłady w obozach koncentracyjnych. Nawet dla nas Polaków, którzy z tym aspektem II wojny światowej zaznajamiani jesteśmy od pierwszych lat edukacji (bo na kimś, kto o faktach ma wiedzę tylko pobieżną, musi robić jeszcze bardziej kolosalne wrażenie), stanowi nowe spojrzenie i pozwala wsiąknąć w drastyczne realia udręczonej codzienności. Ogromna w tym zasługa stylistycznej konsekwencji twórców. Format obrazu jest zwężony (czyżby metafora zobojętnienia Szawła na to, co go otacza?), a kamera niemal przez cały czas siedzi głównemu bohaterowi na plecach (ponoć operator dosłownie szarpał Gézę Röhriga za ubranie). Sekwencje zainscenizowane są z minimalną ilością cięć, a drugi plan został rozmyty. Chociaż nie ma sterującej emocjami muzyki, to warstwa audialna jest kluczowa: pomieszane języki, krzyki, trzaskania drzwi, urywane szepty, huk łopat i narzędzi – to wszystko tworzy werystyczny obraz całkowitego, przerażającego chaosu, który niedopowiedzeniem wpływa na widza nawet silniej, niż gdyby został pokazany w całości.

Główną rolę powierzono naturszczykowi – Géza Röhrig odtwarza swoją postać w sposób absolutnie niesamowity, a jego skamieniała, poszarzała twarz i oszczędne gesty hipnotyzują. Dylemat granego przez niego Szawła zyskuje na sile tym bardziej, że nie można go jednoznacznie osądzić: z jednej strony walka o pochówek (od którego według wielu antropologów rozpoczyna się historia człowieczeństwa) to kurczowe uchwycenie się pozorów zachowania godności, z drugiej jest przecież egoistyczna, bo naraża na niebezpieczeństwo innych więźniów. W pewnym momencie zaczynamy kwestionować nawet to, czy zmarły chłopiec rzeczywiście był synem Szawła, czy tylko pretekstem do ostatniego w życiu (lecz czym nagle spowodowanego?) ludzkiego odruchu.

Film nie oszczędza publiczności. Nie brakuje scen przerażających (pożar w lesie, palenie zwłok), które z pewnością zostają pod powiekami długo po zakończeniu seansu. Nie wnoszą one nic w sensie historycznym, ale sposób ich przedstawienia to całkiem odmienny obraz znanego przecież pandemonium. Nie chodzi też o to, by przekreślić wagę dotychczasowych filmów o Holocauście (chociaż Lista Schindlera od dawna poddawana jest przez krytyków negatywnej ocenie), lecz by z całą mocą odczuć to, co musieli przeżywać ludzie skazani na gehennę Auschwitz. U László Nemesa postaci nie wierzą już, że coś może się zmienić, że stanie się cud. Wyprani z sentymentów i współczucia więźniowie nie mają w sobie grama romantyzmu. Gdy urywa się scena i widzimy czarny ekran, krzyki jeszcze długo dzwonią w uszach.

 

Made with Red Heart on Twitter Twemoji 11.1 in Bytom

lub

Zaloguj się używając swojego loginu i hasła

lub     

Nie pamiętasz hasła ?

lub

Create Account