Xavier Dolan w swym 5. pełnometrażowym filmie podejmuje dialog z własnym, debiutanckim
dziełem. Jednak tym razem wycofawszy się poza kadr kamery i zrezygnowawszy z
kontekstów autobiograficznych, pozwolił sobie na stworzenie intymnej historii,
której autentyczność oraz ogromny ładunek emocjonalny wciąż są w stanie uwieść
widza i wciągnąć go pomiędzy duszną relację głównych bohaterów.

„Dzieci zaczynają od tego, że kochają swoich rodziców. Po pewnym czasie sądzą ich.
Rzadko kiedy im wybaczają.“ – pisał Oscar Wilde, z którego światopogolądem
twórczość Dolana wydaje się być bardzo związana. Reżyser „Mamy“ od czasu swego debiutu
pt. „Zabiłem moją matkę”, gdzie sądził i oskarżał własną rodzicielkę,
przeszedł do etapu przypominającego wspomniane wybaczenie. I niekoniecznie
należy to rozumieć w kontekście autobiograficznym, a raczej w kontekście
twórczym. Dolan dojrzał do opowiedzenia historii, w której główny bohater jest
zdolny kochać swą matkę, mimo wszelkich jej wad, nawet jeśli robi to na swój
sposób. To sprawia, że ostatnia produkcja Kanadyjczyka jest w dużej mierze o
miłości trudnej, pełnej kompromisów i żalu, zupełnie niedisneyowskiej.

Dużym uproszczeniem byłoby jednak uznanie, że film ogranicza się do opowiadania tylko
o tym jednym uczuciu. Mimo węższego, bo kwadratowego, kadru, fabularna
perspektywa daje znacznie szerszy pogląd na odbiór obrazu, kiedy do wiodącego
duetu dołącza postać sąsiadki nadająca filmowi drugi biegun. Niszczy
przewidywalną strukturę historii. Sprawia, że, oglądając „Mamę“, nie widzimy
telenoweli o kłopotach rodzica z dzieckiem, jak mogłoby się na początku
wydawać. Dostrzegamy natomiast docieranie się ekstrawertycznych choleryków z
melancholijną introwertyczką. Zderzenie zupełnie różnych osobowości owocuje
spektakularnym konfliktem postaci. Najnowsza produkcja Dolana przypomina przez
to oglądanie burzy wywołanej przez ludzkie emocje. Po czasie okazuje się, że
poburzowy spokój i świeże powietrze były warte załamania chmury. Jednak nie na
długo.

Tytułowa mama, Diane, każe się nazywać „Die“, ubiera się jak zbuntowana nastolatka, a
podpisując się, tradycyjną kropkę nad „i“ zastępuje infantylnym serduszkiem.
Jej syn jest wybuchowym nastolatkiem z ADHD, wychodzącym właśnie z ośrodka, w
którym został umieszczony za podłożenie ognia w szkolnej stołówce. Diane i
Steve dobrze wiedzą, że nie są i nigdy nie byli perfekcyjni, zatem nie dążą do
bycia idealnymi. Nie dbają też o pedantycznie czysty dom, prestiżową pracę czy
nienaganną reputację. Matka z synem wydają się wręcz obawiać tych rzeczy, jakby
podświadomie decydując, że są one poza ich zasięgiem. Mimo tego starają się nie
dostrzegać dystansu dzielącego ich od ludzi, którzy ułożyli sobie spokojne
życie. Odmawiając nieustannego porównywania się do innych, dają sobie
przyzwolenie na spróbowanie bycia szczęśliwymi.

Ich sąsiadka, Kyla, wspomniana introweryczka, podziwia ich za odwagę życia. Sama
jest matką i żoną oraz byłą nauczycielką. Jest również wypaloną przez rutynę
jąkałą, zagubioną kobietą, która boi się świata. Kiedy wkracza do życia Steve’a
i Die, wydaje się być ich pewnością siebie onieśmielona, a jednocześnie
zainspirowana. Wreszcie dostrzega w swoim życiu możliwość zmiany, wyjścia poza
szarą codzienność i szansę na doświadczenie czegoś nowego, podczas gdy
ekstrawertyczny syn i matka czują satysfakcję ze znajomości z kimś, kto wydaje
się być wzorową sąsiadką, której w życiu się ułożyło. Może trochę z zazdrości,
może trochę z podziwu, pragną tej znajomości. Przez resztę filmu obserwujemy,
jak te zupełnie kontrastowe charaktery zaczynają się dogadywać, tworząc
symbiotyczną relację, w której Kyla uczy się zwalczać swoje lęki, a dla Die i
jej syna staje się swoistym buforem łagodzącym wybuchy nadpobudliwego Steve’a.
Wirtuozerii całemu zjawisku nadaje obsada aktorska – Anne Dorval, Suzanne
Clement i Antoine Olivier Pilon, mało znani kanadyjscy aktorzy, którzy byli w
stanie stworzyć kojąco-destruktywną relację trójki osób, jednocześnie nie
pozbawiając jej spójności i autentyzmu.

Im dalej postępuje akcja, tym kanadyjski enfant terrible coraz wyraźniej
udowadnia, że w swych dziełach bardzo kręci go możliwie najgłębsza ekspozycja
przeżyć wewnętrznych swoich postaci. W tym celu sięga po zupełnie trywialne, a
jednak niespodziewanie skuteczne narzędzie narracyjne, jakimi są teledyskowe
sekwencje, w których reżyer stara się uchwycić uczucia towarzyszące
protagonistom. Niczym impresjonistyczne obrazy, przy pomocy intensywnego
światła i kolorów, film staję się nieodparcie uwodzicielski. Daje to
wrażenie intymności, jaka powstaje za pomocą muzyki, która będąc istotnym
elementem dopowiadającym, odsłania uczucia ekranowych postaci wobec odbiorcy
dzieła. Użycie w ścieżce dźwiękowej popowych piosenek sprawia z kolei wrażenie
silnie oddziałującego na zmysły kiczu. Jest to jednak zabieg stosowany
świadomie, który wiele nam mówi o samych bohaterach. Stylistyczna warstwa filmu
Dolana jest więc przykładem funkcjonalnej formy, która nie tylko upiększa i
wzbogaca, ale również pomaga w ekspozycji problematyki obrazu.

„Mama“ to zatem słodko-gorzka opowieść o naturze ludzkiej i przeciwnościach, od
których miłość wcale nie jest silniejsza. To kipiący emocjami gejzer, który
pozwala się wzruszyć nad swym pięknem tylko po to, by zaraz wystrzelić prosto w
twarz wrzącą wodą. To policzek w twarz dla baśniowych historii, w których
uczucie było w stanie przezwyciężyć wszystko. A jednocześnie to pełen nadziei
obraz, w którym do pełnego poczucia szczęścia potrzebni są nam jedynie bliscy.
W bezpretensjonalny sposób łącząc tę dualistyczną koncepcję, Xavier Dolan
pokazał, że mając zaledwie 26 lat i niebywałą inteligencję emocjonalną, nie
musi już dłużej udowoadniać swej reżyserskiej dojrzałości.

Made with Red Heart on Twitter Twemoji 11.1 in Bytom

lub

Zaloguj się używając swojego loginu i hasła

lub     

Nie pamiętasz hasła ?

lub

Create Account