Adaptacja książki Patricii Highsmith po raz kolejny wprowadza na ekran zjawisko fascynacji drugim
człowiekiem. Inaczej jednak niż w przypadku „Utalentowanego pana Ripleya“ owo
zauroczenie nie jest tym razem jednostronnym doświadczeniem jednostki, lecz ma wyraźnie
wzajemny charakter. Dzięki temu „Carol” wydaje się aż iskrzyć od subtelnej chemii pomiędzy głównymi bohaterkami. Jest ona widoczna w
spojrzeniach, ruchach dłoni, niepewnych gestach i ledwie dostrzegalnych
grymasach. W scenach, kiedy obie kobiety rozmawiają, możemy wyczuć, że za
każdym wyrazem kryje się tysiąc innych, niewypowiedzianych. Jedno zdanie
potrafi być wygłoszone w sposób na tyle sugestywny, że można się po nim domyślić,
jak po nici do kłębka, całego procesu myślowego, który stał za wypowiedzianymi
słowami. Dotyczy to zarówno postaci Carol Aird jak i Therese Belivet. Odpowiednio
Cate Blanchett oraz Ronney Mara były w stanie ukazać relację pełną namiętności
i uczucia w subtelnej grze błysków oczu, migawek aparatu i wypalonych
papierosów. Stworzone kreacje, obie zresztą docenione nominacjami do Oscara, to
wirtuozeria grania swoich postaci „do wewnątrz“, uzyskując przy tym efekt stonowanej eskpresji. W „Carol“ nie uświadczymy bowiem chwytającej widza za sercę sceny
płaczu, ani widowiskowego, półwykrzyczanego monologu, który byłby wyrazem
sprzeciwu wobec opresyjnego otoczenia. Najbardziej brawurowa akcja w filmie
rozgrywa się na twarzach głównych bohaterek.

Najnowszy obraz Todda Haynesa to kino bardzo aktorskie, które staję się symfonią dwu kreacji kobiecych.
Cate Blanchett gra tutaj pierwsze skrzypce, tworząc sylwetkę dystyngowanej damy – magnetycznej i uosabiającej szyk w
najlepszym wydaniu. Nie jest jednak papierową femme fatale wpisaną w odrealnioną rolę salonowej kokietki.
Carol upada i podnosi się, idzie na kompromisy, ulega swoim pokusom i jednocześnie opiera się nim.
Jest nie tylko kobietą z krwi i kości, ale przede wszystkim człowiekiem ze wszystkimi swoimi niedoskonałościami.
Z kolei delikatność Therese Belivet jest niczym te kilka dźwięków, które sama
w jednej scenie wygrywa na pianinie. Grająca ją Mara kreuje postać wypełnioną pragnieniami, których młoda kobieta nie jest do końca świadoma. W końcu sama przed sobą przyznaje, że zawsze
mówi „tak“, bo nigdy naprawdę nie wie, czego chce. Therese swą
wrażliwością rozsiewa bardzo osobisty, dziewiczy czar – zgoła inny od
eleganckiego dystyngowania Carol. W swej naturalnej niepewności i pewności, nieokreśleniu
oraz asertywności, zagubieniu i zdecydowaniu obie kobiety uwodzą się nawzajem
zupełnie instynktownie, odnajdując w drugiej osobie to, czego nie zauważają u
siebie samej.

Kiedy finalnie relacja dwu kobiet wchodzi w nieuchronny od samego początku etap miłości cielesnej, nie ma
już rekwizytów, które mogłyby nieść emocje homoseksualnej fascynacji. Jest to
zatem moment intymny nie tylko ze względu na kontekst erotyczny, ale również
przez to, że kreacje Blanchett i Mara‘y wresznie nie mogą schronić się za
papierosem czy kieliszkiem martini. Scena seksu jest taka, jak cały film – w
dobrym smaku, ale nie przesadnie ugrzeczniona, wiarygodna i pozbawiona
pretensji. Bo właściwie nie o seks w niej chodzi. To tylko kolejne narzędzie
narracyjne, którym reżyser odsłania filmowe bohaterki względem widza i względem
siebie nawzajem.

Poza romantycznym uczuciem między Carol a Therese odnajdziemy znacznie szerszą perspektywę opowieści. Historia
budowana jest bowiem również przez kontekst obyczajowy. Lata 50. XX wieku są
nie tylko pretekstem do ubrania Cate Blanchett w stylowe futra i włożenia w jej
ręce vintage’owej papierośnicy czy do uczesania Rooney Mara’y w uroczo schludną fryzurę.
Tytułowa bohaterka ma ukochaną córkę, a jej ekranowa kochanka
kogoś na kształt narzeczonego. Sprawia to, że heteronormatywność ówczesnej
Ameryki nie uderza z poziomu ogółu społeczeństwa, a bezpośrednio od osób najbliższych. Jedynym wyraźnym dowodem na potęgę
uczucia zrodzonego pomiędzy dwiema kobietami, innym niż wrażeniowe poszlaki,
jest fakt przezwyciężenia przez Carole i Therese ostracyzmu i wstydu w imię
upragnionej, zakazanej miłości.

Antoni Lange napisał kiedyś,
że prawdziwa miłość obędzie się bez słów. Jeśli rzeczywiście tak jest, to „Carol“
możemy bez wahania nazwać filmem o prawdziwej miłości. Zmysłowość, jaka powstaje na
ekranie, zdaje się leżeć tuż pod powierzchnią wszystkiego. Perfumy,
martini, papierosy – to w nich katalizuje się sensualność związku, która nie
została dopowiedziana słowami czy gestami. Są to jednak tylko kosmetyczne
dodatki do całości, fetyszyzujące koncepcję reżysera. To przede wszystkim w
kreacjach Blanchett i Mara’y zamykają się emocje, których nie sposób oddać
nawet poprzez najbardziej nacechowany stylistycznie rekwizyt. Ostatecznie
historia, którą opowiada Haynes, nie traktuje o homoseksualizmie czy tragicznej
miłości – to przede wszystkim kunsztowna geneza uczucia, któremu nie sposób się
oprzeć.

Made with Red Heart on Twitter Twemoji 11.1 in Bytom

lub

Zaloguj się używając swojego loginu i hasła

lub     

Nie pamiętasz hasła ?

lub

Create Account