Todd Haynes bowiem od lat
przygląda się przede wszystkim swoim bohaterom – oddaje należny im szacunek i
delikatnie, ale jednocześnie bardzo dokładnie wizualizuje ich osobowość.
Reżyser „Idola” traktuje postaci bardzo czule – nie chce, by były jedynie fikcyjnymi
tworami na usługach opowiadanej historii. Jego przenikliwość, ale przy tym
wyjątkowa subtelność sprawia, że aktorki stają się tymi, kogo odgrywają. Kiedy
oglądamy rodzącą się relację Carol i Therese zapominamy o tym, że mają one
twarze Cate Blanchett i Rooney Mary. Zbliżamy się do ekranu tak blisko, że sala
kinowa zostaje daleko za nami, Przed nami widać już tylko pruderyjną i
kwadratową od pozoru amerykańską rzeczywistość lat 50., której kanciastość
wygładzają niemal namacalne emocje, z łagodnością portretowane przed Eda
Lachmana.

Ten świat wydaje się Therese
(Mara) nazbyt konwencjonalny, czysty, niemal sterylny i widać, że nie potrafi
ona swobodnie się w nim poruszać. Przestrzeń jest dla niej zbyt szeroka i
pusta, ludzie ubodzy w refleksję i cele. Fotografując przypadkowe i chwilowe
ożywienie biernej materii znajduje ujście dla własnego niepokoju. Pełna szyku i
energii Carol robi na dziewczynie ogromne wrażenie. Ta, niepewna własnych
reakcji nie daje tego po sobie poznać. Zderzenie dwóch osobowości stanowi
podstawę bijącej z ekranu chemii między bohaterkami, która usprawiedliwia
niezręczność ich spotkań. Jednak dopiero, kiedy w ich nieuchwytną, ulotną
relację wkracza protekcjonalnie traktująca wszelką nieokreśloność i
niesztampowość codzienność, Carol i Therese zdają sobie sprawę z własnego
położenia. Mąż tej pierwszej nie przyjmuje bowiem do wiadomości jej „dewiacji”
i postanawia walczyć z naturą żony. Wykorzystuje do tego ich córkę, przez co
balansowanie między konwenansami a osobistą swobodą przestaje być możliwe.

Taką wizję Haynes i Lachman wprawiają
w duch, nadając jej bardzo zmysłowego charakteru. Wydaje się, że taka
współpraca, oparta na zrozumieniu wzajemnych wrażliwości, nie zdarza się zbyt
często. Lachman wykorzystał do realizacji filmu taśmę 16 mm, idealnie nadającą
się do zbliżeń – tutaj pełnych współczucia i troskliwości dla bohaterek. Statyczna
kamera oddaje dostojność Carol i niepewność Therese. Ta sama kamera portretuje
pudrowe lata 50., zajdziony zielenią kadrów świat kiełkującego konsumpcjonizmu.
Z jednej strony dostojne kobiety w pięknych strojach, wystawne domy Amerykanów
mieszkających na przedmieściach i centra handlowe, z drugiej hipokryzja, manipulacje
i władza pieniądza. Ta wizualna osnowa, ta konkretna i bardzo gęsta
rzeczywistość połowy XX wieku ma niebagatelne przełożenie na historię –
wszystko, co bohaterki robią, jak wyglądają i ile papierosów wypalają
kształtuje ich osobowości, które nie funkcjonują w próżni, tylko w konkretnym
kontekście.

Dzieło Haynesa rozgrywa się także
w tych licznych, spokojnych jazdach kamery, prezentujących napięcia i strefę
pomiędzy – między heteronormatywną rzeczywistością lat 50. a miłością za
zamkniętymi drzwiami. Momenty złączenia celebrują jedność i wtedy kamera nie
odstępuje bohaterek na krok, ale intensyfikuje przekaz, fetyszyzując ciała kobiet
– ich skórę, delikatne ruchy, czułe gesty.

Mało zostaje więc w zasadzie w
filmie powiedziane, więc kiedy w mojej głowie mieszały się znaczenia szukałam
odpowiedzi nie w dialogach, ale w obrazie. Milczące, gdy chodzi o najważniejsze
kwestie bohaterki, otwarte na siebie tylko we własnym towarzystwie uosabiają
postulat Ann Kaplan, zawarty w tekście „Milczenie jako opór kobiety”. Kaplan
odwołując się do filmu Marguerite Duras „Nathalie Granger” prezentuje inne
spojrzenie na kino – spojrzenie kobiety, która w zdominowanym przez mężczyzn
świecie kinematografii znalazła sposób na sfeminizowanie obrazów filmowych.
Milczenie jako strategia w obrębie filmu daje bohaterkom siłę wzajemnego
zrozumienia bez ingerencji „męskiego” języka. W „Carol” mamy do czynienia z sytuacją,
w której reżyser oddaje obrazy w ręce bohaterek, pozwala im na
niedopowiedzenia, choć jednocześnie nie rezygnują one z komunikacji werbalnej. Prymat
obrazu jest jednak widoczny – Therese tylko na zrobionych przez siebie
zdjęciach widzi autentyzm i prawdę, dlatego z zaciśniętymi ustami i w pełnym
skupieniu coraz wyraźniej widzi siebie jako fotografa. I z jednej strony
oglądając „Carol” gromadzimy w pamięci te obrazy, materialne ekwiwalenty myśli
i afektów, ale z drugiej nie pozwala nam się zapomnieć o opowiadanej przez nie
historii. Prawdziwie grecka harmonia.

Haynes jest w tym dziele widoczny,
choć wciąż stoi z nami z boku, obserwując wymiany spojrzeń i skromne gesty. Już
dawno nikt nie pokazał z taką wirtuozerią relacji międzyludzkiej, umożliwiając
jednocześnie zgrabne toczenie się historii. Historii opartej na najlepszych
hollywoodzkich wzorcach, z gustem prowadzonej i z sercem przedstawionej. Nie ma
w niej nic z nadętości i pompatyczności, choć niektóre dialogi w wykonaniu
Blanchett zostają zanadto „wygrane”, jak na przykład większość konfrontacji
bohaterki z mężem. Z drugiej strony jednak postać Carol mocno tkwi w swojej
ekspresyjności – z powodzeniem wykorzystuje ona swoje atuty i niemal kampuje
swoje zachowanie, co uwidacznia się zwłaszcza w obliczu wyciszonej Therese.
Może mi się nie podobać maniera Cate Blanchett, ale znajduję dla niej
odpowiednie znaczenie. Może mi się wydawać nadużyciem scenariuszowym łatwość, z
jaką bohaterki nawiązują znajomość, ale jeśli Carol jest bezkompromisowa w swoich
pragnieniach, a Therese uległa w swoich, to taki obrót spraw wydaje się
zupełnie na miejscu.

To ciągłe zadawanie sobie w
trakcie seansu pytań o motywacje bohaterek jest w gruncie rzeczy przyjemną intelektualną
gimnastyką, bowiem fabularne mikrorewolty, wspierane przemyślanymi, ale nie
prze-myślanymi zdjęciami, dają widzowi niewspółmiernie więcej przyjemności, niż
konstruowanie poprawnej, ale niezaskakującej opowieści. Jednym z
najwspanialszych zabiegów w „Carol” jest wykorzystanie klamry kompozycyjnej, za
pomocą której oglądamy dwa razy jedno wydarzenie. Zabieg niby nie nowy, nawet
samo jego rozegranie nie jest niczym oryginalnym, ale odpowiednio wykorzystany
i zakomponowany uzupełnia z pietyzmem komponowane z gamy uczuć postacie. Scena,
w której Carol i Therese spotykają się w restauracji została zbudowana wokół
różnych emocji i pięknie się składa, że stanowi zarówno rozpoczęcie, jak i
zwieńczenie opowieści, która zmieniła dystans w emocjonalny granat, wybuchający
jakby 100 metrów pod ziemią, ale nadal silnie odczuwalny.

Nie ma w tej filmie fałszywej
nuty, nie ma udawania, dyletanctwa czy brzydkich popisówek. Todd Haynes ma w
sobie sporo pokory i nie przepycha się łokciami pomiędzy aktorami, scenarzystą
i operatorem w kolejce po Oscara, ale daje zespołowi swobodę, którą spina
własną wrażliwością. „Carol” to film skromny, choć wielce imponujący;
reżysersko dojrzały i tematycznie opanowany. Ma to wszystko, co trzeba mieć w
Hollywood, tylko po prostu trochę mniej.

 

Made with Red Heart on Twitter Twemoji 11.1 in Bytom

lub

Zaloguj się używając swojego loginu i hasła

lub     

Nie pamiętasz hasła ?

lub

Create Account