„Jesteś zwyczajna, to dobrze” – słyszy w jednej ze scen Ina, traktuje to jako zarzut. Bo zdaje się, że portretowani przez Sebastiana Buttnego trzydziestoparolatkowie boją się zwyczajności, walczą o bycie kimś więcej. A Ci, którzy mają świadomość swojej normalności, postrzegają ją jako skazę.

I tak Piotr – pracownik pomocy społecznej, prywatnie fan metalu – prosi o przysługę Mariusza. Chce, by poderwał dla niego dziewczynę. Inę ma na oku już od dłuższego czasu, a Mariusz przecież aktor, na pewno się jej spodoba. Kwestia wyciągnięcia jej ze starego związku, za długo są razem, na pewno już się męczy.

Mariusz dostaje tym samym rolę do odegrania. Na co dzień bezrobotny, mentalnie zblokowany aktor. Nie jest w stanie zapamiętać tekstu, zapomina przed publicznością, tabula rasa generalnie. Mieszka ciągle w rodzinnym domu, ćwiczy, przebiera się, uczy z komputera buddyjskich technik zen. Z metryki dorosły, z praktyki licealista. Zdaje się, że ani matka, ani psycholog nie traktują go poważnie.

Miłosny trójkąt, klisza znana i lubiana zarówno przez widzów jak i twórców, przeniesiony w „Heavy Mental” na współczesny, polski grunt, jest środkiem do opowiedzenia o pokoleniu lat osiemdziesiątych. U Sebastiana Buttnego przedstawiciele generacji X szukają zawodowego spełnienia, ale też tej prawdziwej wreszcie miłości. Boją się odpowiedzialności i zwyczajności. Dyskutują o wszelakich sensach pijąc wino pod gołym niebem, potem zapominają kąpiąc się nago w morzu. Gdzieś nad nimi majaczą lekko nakreślone problemy testamentowe, bo to przecież wiek, w którym rodzice czy dziadkowie powoli odchodzą i wychodzi, że „nagle każdy się kurwa opiekował”.

Grzegorz Stosz, Piotr Głowacki i Iza Nowakowskaświetnie odnajdują się w butach swoich postaci i pozwalają na wsiąknięcie w ich świat, autentyczne zaciekawienie ich losami mimo, że brak tu zaskakujących zwrotów akcji, a sama historia nie wydaje się szczególnie odkrywcza. Chemia między bohaterami robi jednak swoje, a niektóre ich decyzje, niekoniecznie oczywiste, nabierają sensu z czasem.

O ile po początkowej teatralnej szarży Mariusza bałem się, że czekają nas dialogowe popłuczyny po „Dniu świra”, to z każdą kolejną minutą, a zwłaszcza od momentu pojawienia się na ekranie Piotra Głowackiego zdawałem sobie co raz bardziej sprawę z tego, że Buttny wie co robi. „Heavy Mental” pełen jest dyskretnych smaczków – a to symboliczne t-shirty, a to znowu oko puszczone bezpośrednio do widza, czy taka, a nie inna muzyka. Nie brakuje pozornie niepotrzebnych, a istotnych wtrąceń, które poprowadzone nieco dalej składały by się na etiudy doklejone do głównej osi filmu. Znakomicie zaczepiona w polskiej rzeczywistości postać fachowca w remontowanym mieszkaniu czy oczywisty odbiór osoby, która odmawia alkoholu to smaczne szlify, które tworzą nam film trochę jak z Sundance, który jednak wie skąd pochodzi.

Z „Heavy Mental” każdy wyjdzie z innymi spostrzeżeniami, inną interpretacją zakończenia, innym nastawieniem. Na szum w głowie po seansie pomaga dyskusja i z możliwe, że… kolejny seans? Nie po to by spróbować zrozumieć o co Buttnemu chodziło, dać mu drugą szansę,  ale zauważyć inne detale, spojrzeć na decyzje, słowa bohaterów z innej perspektywy.

O pełnometrażowym debiucie Sebastiana Buttnego można powiedzieć jak filmowy Piotr o Inie: „Jesteś zwyczajny, to dobrze”.

Made with Red Heart on Twitter Twemoji 11.1 in Bytom

lub

Zaloguj się używając swojego loginu i hasła

lub     

Nie pamiętasz hasła ?

lub

Create Account