Dobrze. Jednego jestem pewna – w ostatnim czasie żaden film nie przetargał mnie tak brutalnie i bezlitośnie przez okrągłe dwie godziny swojego jestestwa. Nie pomogły mi odprężające zbliżenia na duńskie krzaki, zarośnięte fiordy, nie pomogło mi także brzdękolenie jakiegoś relaksacyjnego duńskiego wyrobu gitaropodobnego. Przetrwałam,  teraz zaś ratuję całą tą garstkę, która chciała w „Dziewczynę z portretu” w najbliższym czasie wskoczyć.

Z początku narysujmy jednak obraz filmowej fabuły.
Jest sobie małżeństwo – Gerda i Einar Wegener. Ona – lubująca się w erotykach, ilustratorka Vogue’a czy La Vie Parisienne, on zaś – specjalista się w refleksyjnych widoczkach. Poznali się na Królewskiej Duńskiej Akademii Sztuk, czym prędzej wzięli ślub, i rozkoszowali się wspólnym życiem w jednej z duńskich kamienic.
Sypać zaczęło się wszystko pewnego dnia – Gerda bowiem zostawiła sobie tworzenie jednego z portretów na ostatni moment, a gdy modelka nie mogła do niej wpaść – cóż, Gerda ubrała męża w pończochy, tiulową kieckę i – ponieważ był bardzo drobnej postury – usadowiła na stołku, kazała wysunąć nóżki i pozować. Najprawdopodobniej Gerda będzie żałowała tego na wiele lat. Obudziła bowiem w mężu coś, co drzemało cichutko przez wiele lat. Za parę miesięcy Einar każe nazywać siebie Lili Elbe, i stanie się jedną z pierwszych osób, które przejdą operację zmiany płci.

Nigdy awersji do filmów biograficznych nie miałam. Ze spokojem jestem nawet w stanie zaakceptować każdą kolejną kolaborację Scorsese-di Caprio. Dziewczyna z portretu to jednak biografia z krwi i kości, przy tym jednak z uroczym wstępem, grubym rozwinięciem i poruszającym zakończeniem – i absolutnie niczym pomiędzy. To świetnie zrealizowane, ładne i zgrabne opakowanie stuprocentowo puste w środku. Wielkanocna wydmuszka. Etykietki, powiecie, etykietki, powiedziałby Michael Keaton. Cóż poradzę.

Skoro zaś w historii opowiadanej przez film, i w zasadzie samym jego tytule o malarstwie mowa, dochodzę do wniosku, że opierając się na tym łatwo określić to, czego najbardziej mi zabrakło. Dziewczyna z portretu przypomina fantastycznie poukładany i poprawny wizualnie pejzaż. Taki pejzaż, w którym szczegółów jest niewiele, specjalnego przekazu nie ma, a odbiorcy wystarczy pobieżny zachwyt nad przedstawioną naturą. Zapoznając się z historią Einara ja widziałabym dobry materiał na psychologiczną eksplorację tego co w głowie Lili się kłębiło, na zobrazowanie przeciwieństw i trudności wraz z jej orientacją i planami związanymi, jednym słowem – gdzie ja dostrzegłabym fantastyczną sposobność do namalowania autentycznego portretu duńskiej dziewczyny, tam reżyser dostrzegł prostą historię idealną do przedstawienia jako pocztówkowy widoczek.

Spytacie zapewne, jak poradziła sobie filmowa obsada, w zasadzie zaś – nie ukrywajmy – jak poradził sobie zeszłoroczny laureat Oskara, Eddie Redmayne. Spróbuję wybrnąć z niesamowitą gracją. Jakiś czas temu przyszło mi napisać tuż przy jego nazwisku dopisek czapki-z-głów. Otóż nie. Nie. Od tej pory chyba przyjdzie używać mi raczej określenia Redmayne-wkładam-czapkę-z-powrotem-na-to-jeszcze-kaptur-(z futerkiem)-i-zapomnijmy-o-dokonanym-fakcie. Bo o ile w Teorii Wszystkiego taką specyficzną manierę można było znieść, bo była czymś nowym, nieprzeciętnym, ekscentrycznym, powiedziałabym nawet – zaskakującym, tak tutaj rudzielca ciężko jest przetrawić już po pierwszych minutach filmu. Wciąż dzierżę gdzieś z tyłu ogromny bagaż szacunku dla Eddie’go, ale tutaj nie byłam w stanie kupić Go po raz drugi.

Niesamowite rzeczy dzieją się natomiast na drugim planie, za sprawą drobnego szwedzkiego stworzenia o metrze sześćdziesiąt i Fassbenderem  w życiu prywatnym pod pachą. Na myśli mam Alicię Vikander, która chciwie kradnie większość scen, gwarantuje bardzo przyzwoite widoki, przede wszystkim zaś ciągnie za sobą ten dwugodzinny obraz.

Na wstępnie zaznaczyłam już dosyć dobitnie – tak, jak filmu nie zachwalam na żaden z nastrojów bądź życiowych etapów, tak szwedzką Alę polecam już na absolutnie wszystko. Jest fantastyczna i kurczowo ściskam kciuki, żeby w tym roku pomachała mi ze sceny ze złotą oskarową statuetką.

Wszystkich tych zaś, którzy po seansie cierpią okrutnie, odsyłam w ramach rekompensaty do Poszukiwanego, Poszukiwanej. Wizualnie podobnie, a jakaż przyjemna odmiana. Rozejrzyjcie się po kanałach, bo dzisiaj gdzieś wypatrzyłam. Może jeszcze zdążycie.

 

Made with Red Heart on Twitter Twemoji 11.1 in Bytom

lub

Zaloguj się używając swojego loginu i hasła

lub     

Nie pamiętasz hasła ?

lub

Create Account