Po dokładnie 30 latach George Miller powraca do stworzonego przez siebie
postapokaliptycznego uniwersum by kontynuować opowieść o upadłym
policjancie, szalonym Maxie Rockatansky’m. Życie pozbawionego
rodziny oraz nadziei bohatera ograniczone zostało do samotnej
wędrówki przez jałowe, wyniszczone Pustkowie oraz walkę o
zaspokojenie najprymitywniejszych potrzeb ze zmotoryzowanymi gangami
przeczesującymi świat w poszukiwaniu benzyny, surowca dla wielu
cenniejszego niż ludzkie istnienie. Swój powrót na ekrany Max
rozpoczyna od bycia pojmanym przez bandę pod rozkazami niejakiego
Immortan Joe’go, tyrana rządzącego w tzw. Cytadeli, jednym z
niewielu miejsc z dużymi zasobami wody. Więziony tam protagonista
zostaje oznakowany oraz przeznaczony jako dawca organów dla
dogorywających wojowników. W międzyczasie do oddalonych skupisk
ludzkich wysłana zostaje rutynowa wyprawa po zapasy, prowadzona
przez Imperatorkę Furiose, kobietę obdarzoną zaufaniem Immortana.
W drodze jednak łamie ona odgórne rozkazy i zmienia kurs
prowadzonej ciężarówki, a razem z nią całego konwoju. W tym
momencie dowiadujemy się, że bohaterka postanowiła pomóc
przetrzymywanym przez tyrana kobietom odzyskać wolność. Gdy ten
dowiaduje się, że jego “żony” (samemu tak je nazywając)
starają się uciec, w gniewie organizuje pościg za buntowniczką,
kojrzystając ze wszystkich dostępnych pojazdów oraz obsługujących
je wojowników. W tę sytuację wciągnięty zostaje Max jako dawca
krwi dla jednego z kierowców. W tym miejscu do bohatera los
postanawia się uśmiechnąć – udaje mu się uciec z rozbitego
chwilę wcześniej samochodu. Po chwili jednak stworzone na
poczekaniu plany znów nie zostają spełnione. Max niechętnie
przyłącza się do Furiosy oraz wyzwolonych przez nią kobiet, co
jednak początkowo bardziej wygląda na ponowne porwanie. Podejmują
wspólną drogę w poszukiwaniu bezpiecznego miejsca ze wspomnień
Imperatorki.

Czwarta odsłona serii “Mad Max” jest jednocześnie drugą, za której
produkcje zabrało się duże, hollywoodzkie studio. Tym razem jednak
nie powielono błędów, które tak raziły fanów w “Pod kopułą
gromu”. Teraz reżyser mógł całkowicie oddać na ekrany swoją
wizję, bez konieczności obdzierania filmu z elementów, przez
których brak trzecia część wydawała się tak odległa od
poprzednich. Pomimo dużego budżetu, z którego tylko niewielka
część przeznaczona była na reklamę, producenci zgodzili się
m.in. na kategorię “R”, oznaczającą, że film stworzono
raczej dla starszych odbiorców. Dzięki temu Miller daje nam, moim
zdaniem, więcej niż spodziewamy się od blockbusterowego filmu
akcji, a nawet kontynuacji “Mad Maxa”. Od samego początku,
nawet intro zapowiada nadchodzącą symfonię wybuchów, ryku
silników i wystrzałów. Można zarzucić filmowi, że płytkie tło
fabularne zakrywa wszechobecną przemocą, ale taki właśnie jest
świat Rockatansky’ego – prosty, brutalny i zmechanizowany. Sprawny
samochód to największe szczęście jakie może spotkać człowieka,
dlatego imponujące pojazdy, konstruowane i przerabiane z
jakichkolwiek dostępnych metalowych części oraz prowizorycznie
uzbrojone oglądać będziemy przez zdecydowaną większość filmu.
Powraca także legendarny Interceptor, czyli policyjny samochód
pościgowy głównego bohatera. Natomiast przerwa pomiędzy “Na
drodze gniewu” a poprzednią częścią pozwoliła twórcy na
odejście od chronologii pierwotnej trylogii, tworząc historię po
prostu umiejscowioną w uniwersum. Decyzja okazała się trafiona,
ponieważ otwiera ona film na nowych widzów, niezaznajomionych ze
wcześniejszym dorobkiem reżysera. Fani natomiast po premierze
zaczęli dzielić się interpretacjami sugerującymi, że na całą
serie można spojrzeć jak na luźno związane ze sobą legendy o
Wojowniku Szos.

Pod względem wykonania i technicznej strony widowiska „Mad Max’owi” ciężko
jest coś zarzucić. Wizualnie film prezentuje się wzorowo. Zdjęcia
stworzone na Namibijskiej pustyni oraz odpowiednie filtry
kolorystyczne jeszcze bardziej uwydatniają postapokaliptyczny
charakter świata. Porównując to, co widzimy na ekranie w
najnowszej części do poprzednich można odnieść wrażenie, że
wraz z kręceniem kolejnych dzieł uniwersum podlega coraz większemu
rozkładowi. Na szczególną uwagę zasługują wszechobecne efekty
specjalne oraz popisy kaskaderskie, do których Miller podszedł dość
staroświecko – zaledwie 20% wybuchów, zderzeń, upadków zostało
stworzonych przy użyciu komputera oraz zielonego tła. Wiele
eksplozji oraz kaskaderskich wyczynów wciska widza w fotel,
szczególnie jeżeli mamy świadomość ich realności na planie.

George Miller nie pomylił się także w kwestiach castingu. Tom Hardy, przejmujący
miejsce Mela Gibsona, moim zdaniem świetnie wpasował się w rolę
wycofanego, zamkniętego w sobie bohatera. Chociaż fakt, że z
początku nie wypowiada on żadnego słowa oraz wrażenie, że
niektóre sceny bywają „kradzione” przez inne postacie dla
niektórych były powodem do krytyki. Dziwiono się nawet, że to on
jest tytułowym bohaterem. Ale uważam, że tak właśnie
przedstawiony powinien być Max Rockatansky. Lakoniczny, przypadkowy
bohater szukający jedynie benzyny. Takiego stworzył go Gibson, taką
postać więc znów kreuje młody Brytyjczyk. Film zdominowany jest
jednak przez kreacje Charlize Theron jako Furiosy. To ona zdaje się
nadawać akcji taki a nie inny kierunek, ciągnąc za sobą głównego
bohatera serii. Niczym amazonka sprzeciwia się ona narzuconemu przez
mężczyzn systemowi, desperacko starając się zniweczyć wszelkie
próby utworzenia patriarchatu. Imperatorka całkowicie przyćmiewa
inne kobiece kreacje, których w filmie nie brakuje. Do serii powraca
także Hugh Keays-Byrne, i tak jak w pierwszej części odgrywa w „Na
drodze gniewu” głównego antagonistę. Jednakże tę kreację
zapamiętujemy najbardziej jedynie ze względu na szczególnie
charakterystyczny wygląd Immortan Joe’go.

Cała widowiskowość doprawiona jest perfekcyjnie dopasowaną muzyką
skomponowaną przez muzyka o pseudonimie Junkie XL. Ścieżka
dźwiękowa najnowszej części samodzielnie wzbudza sporo emocji,
dlatego efekt połączenia tego wizualnego majstersztyku z tym, co
dodaje od siebie Holender jest wyjątkowy.

Osobiście jestem zdania, że jako blockbuster „Mad Max : Na drodze gniewu”
przyćmiewa wszystkie dotychczase filmy wyprodukowane w tym roku.
Tworzony bez pośpiechu przez reżysera który wiedział, jak znów
ożywić legendę o Wojowniku Szos jest niezwykle udanym odświeżeniem
nieco zakurzonej już serii oraz świetnie wykonanym filmem akcji,
który szczerze mogę polecić każdemu.

 

Made with Red Heart on Twitter Twemoji 11.1 in Bytom

lub

Zaloguj się używając swojego loginu i hasła

lub     

Nie pamiętasz hasła ?

lub

Create Account