Paradokument Jemaine’a Clementa i Taikai’ego Waititiego rozpoczyna się poważnie –
buduje napięcie, próbuje straszyć. I choć szybko kurtyna skrywająca pastisz zostaje rozsunięta przed
widzem, twórcy do samego końca utrzymują parytet – groza przeplata się z
inteligentnym i dowcipnym dialogiem z popkulturą. Pierwsze skrzypce do samego
końca będzie grać groteska, którą twórcy zdają się definiować na swój sposób.

Punktem wyjścia są przygotowania do Przeklętego Balu – wielkiego wydarzenia w świecie
wampirów. Grupa filmowców wkracza w krąg społęczności wampirów, która ze sobą współżyje
od bardzo wielu lat. Film pokazuje, możnaby rzec, topos wampira zmagającego się
z rutyną. Widzieliśmy to już w „Tylko kochankowie przeżyją”, jednak Jim
Jarmusch zajął się sferą duchową krwiopijcy; tutaj mamy do czynienia z
cielesnością i ogólnie ujętą przyziemną codziennością. Twórcy mówią, że gdyby
wampiry istniały na prawdę, musiałyby się liczyć nie tylko z naturalnymi
ograniczeniami, ale też z tymi, które odcisnęła na społeczeństwie współczesna
cywilizacja.

Dzieło Nowozelandczyków realizuje najbardziej znany archetyp
wampira – nieśmiertelnego potwora, który jednak musi pić ludzką krew, by
przeżyć. Dosłowne cytaty z „Nosferatu” (owiane legendą wstawanie z trumny w
pionie) czy „Draculi” (rzucenie uroku na sługę, przemienienie ukochanej w
wampirzycę) intensyfikują wrażenie, że mamy do czynienia nie tylko z
komedią, ale i horrorem. Krążące w kulturze wyobrażenie wampira podają twórcy z
żartem, z dystansem nawiązując do gatunku. Pragmatyczna część koegzystencji we
wspólnocie bawi najbardziej, ale mamy też powody do wznioślejszych emocji –
zwycięstwo miłości w relacji człowieka z nieśmiertelnym monstrum, czy uczucie
tlące się w sercu jednego z bohaterów.

Reżyserski duet nie próbuje wyważyć otwartych drzwi.
Widać w ich filmie wielką miłość do kina, z którego inspiracje
czerpią garściami. Owocem tej miłości jest groteskowy obraz wampiryzmu w
czasach XXI w., który w niektórych miejscach jest pieśnią chwalebną kina
gatunkowego, a w innych satyrą na ten sam gatunek, który ma to do siebie, że od
czasu do czasu się potyka. Mało jest tak sympatycznych tworów filmowych, z
których bije czysta radość z tworzenia, oby więc „Co robimy…” stało się
jaskółką zwiastującą wiosnę małych-wielkich filmów.

Made with Red Heart on Twitter Twemoji 11.1 in Bytom

lub

Zaloguj się używając swojego loginu i hasła

lub     

Nie pamiętasz hasła ?

lub

Create Account