Kolorowe zwoje mózgu – z takimi obrazami Alberto Rodríguez
przeplata napisy początkowe w swoim nowym filmie. I choć szybko orientujemy
się, że owe zwoje są tak naprawdę ujęciami hiszpańskich równin z lotu ptaka, to
reżyser przez cały film podąża równocześnie wcześniejszym tropem. „Stare
grzechy mają długie cienie” są bowiem kryminałem skupiającym się przede
wszystkim na psychologii – mieszkańców miasteczka, bohaterów i Złych ludzi. A
hiszpański twórca „7 dziewic” znów pokazuje, jak bardzo interesuje go
społeczeństwo (tym razem sprzed kilku dekad) kraju, z którego pochodzi.

Film jest historią dwóch detektywów wysłanych do małego miasteczka w sprawie powtarzających
się morderstw na dziewczynach. Na miejscu stykają się z lokalną społecznością, z
którą muszą z jednej strony współpracować, a z drugiej trzymać ją na dystans.
Wszystko zostało osadzone w latach 80. ubiegłego wieku – co zdaje się nie być
przypadkowym zrządzeniem. Usunięcie z historii naleciałości technologicznych,
które obecnie byłyby zbyt nachalne, osadziło ją mocniej na ziemi i zamknęło
bliżej hermetycznego społeczeństwa. Śledztwo jest więc bardziej klasyczne, co
daje punkt wyjścia do zgłębienia postaci, a szczególnie dwójki detektywów.

„Stare grzechy…” czerpią z kina gatunkowego – wzorców ekranowego duetu można się
upatrywać w „Siedem” D. Finchera czy serialu „Detektyw”. Pojawia się kliszowa postać
dziennikarza, z którym z konieczności należy współpracować. Opowieść trzyma w
napięciu do samego końca, ale twórcy ją kontrolują. To oni nadają tempo akcji,
odkrywają kolejne kluczowe karty w miarę rozwoju i nie dają okazji do
rozwiązania zagadki samemu. Ale najbardziej interesujące rzeczy przemycają
podskórnie, pod płaszczem gatunku, ukazując reakcję ludzi na zderzenia z
ekstremalnymi sytuacjami. Niektórych motywuje to do działania mimo strachu
przed bliskimi, których znają od lat, inni zimno kalkulują, jak z ludzkiej
krzywdy wyciągnąć dodatkowe korzyści. Miejscowe dziewczyny, za późno orientują,
że oddanie wszystkiego byle tylko „wyrwać się stąd” to stawka, której nie są
gotowe postawić. Z drugiej strony w świecie Rodrígueza wszystko jest rozmazane,
co potwierdza chociażby postać dziennikarza, który jest postacią ambiwalentną –
nie sprawia wrażenia zażenowanego swym bezwzględnym, zimno wykalkulowanym
zawodem, ale w pewnym momencie odpiera taki właśnie zarzut: „Mam rodzinę na
utrzymaniu.(…) Moja rodzina sądzi, że jestem drugim Trumanem Capote.”

„Stare grzechy…” to kino budujące klimat świetnymi zdjęciami Alexa Catalána, u którego
dzień jest zawsze skąpany w pełnym słońcu, a noc gęsta, nieprzyjazna. Wyraźnie
oddzielona od całego filmu jest końcowa część, rozgrywająca się za ścianą rzęsistego
deszczu. Powracają cały czas ujęcia z wysokości, jakby twórcy chcieli
podkreślić to, że detektywi przyjechali na czyjąś ziemię, nieproszeni i nie
mający się gdzie schować na otwartym, rozległym terenie. Mogą zostać
potraktowani jako szkodnicy i sami stać się ofiarami. Historii opowiadanej na
ekranie można dotknąć, bo jest ona opowiedziana w realistycznym tonie. Sceny
akcji nie są naciągane, pozbawione muzyki potęgują napięcie. Akcja wygrywana
jest głównie w mimice twarzy bohaterów, co tylko nas do nich przybliża (jak,
dla przykładu, podczas nocnego pościgu samochodowego).

Reżyser komentuje też stan polityczny Hiszpanii tamtego okresu. W zakończeniu
pozostawia kilka otwartych furtek, w tym jedną – do korupcyjnego oblicza
państwa. Detektywi zdają się walczyć ze wszystkimi dookoła i z nikim nie mieć
szans wygrać. Mimo to udaje się, ale i teraz nie do końca, bo reżyser – tuż
przed opuszczeniem kurtyny – pyta: czy na pewno?

Jeśli wątek kryminalny traktować tylko jako punkt wyjścia do konfrontacji detektywów ze
sobą, mieszkańcami i losem, który na nich czeka w małej mieścinie, to dostajemy
kryminał nie silący się na bycie większym w swym gatunku, aniżeli w
rzeczywistości jest. Próbuje on natomiast poruszyć pewne problemy – podejście
do śmierci, konfrontację marzeń z bezlitosną codziennością, czy rozliczenia się
z przeszłością. Trzeba powiedzieć, że reżyser ma wnikliwy dar do obserwowania –
potrafi wyciągnąć na wierzch tajemnice skrywane głęboko przez człowieka na
skąpaną w słońcu równinę hiszpańską. I tam, kiedy nic już nie można ukryć,
pozwolić widzowi ocenić to, co w nim samym może się znajdować.

 

Made with Red Heart on Twitter Twemoji 11.1 in Bytom

lub

Zaloguj się używając swojego loginu i hasła

lub     

Nie pamiętasz hasła ?

lub

Create Account