Ubiegłoroczny festiwal filmowy w Berlinie
musiał być nie lada wydarzeniem i to nie ze względu na rangę imprezy,
ale swoisty upadek klasyków – widzowie, z krytykami na czele, zgodnie
uznali, że Wenders (Every Thing Will Be Fine, 2015), Malick (Knight of Cups, 2015), Greenaway (Eisenstein w Meksyku, 2015) i Herzog zaprezentowali obrazy
o zaskakująco niskim poziomie.

Ten ostatni, znany głównie z tego, że przemierzając świat, tworzy dokumentalne mity o sile ludzkiej woli (Grizzly Man, 2005; Spotkania na krańcach świata, 2007), w filmie fabularnym, nie wyłączając najnowszej Królowej pustyni,
popada w pretensjonalne tony. Ranga niemieckiego twórcy nie wzięła się
znikąd, a film dokumentalny nie pozostawał jedynym potwierdzeniem jego
reżyserskiego kunsztu. Od początku swojej kariery zachwycał bogactwem
wizualnej wyobraźni, zrozumieniem psychologii swojego bohatera i
świeżością spojrzenia – wystarczy wymienić sensualnego Stroszka (1977) czy klasycznego Nosferatu wampira (1979). Herzog jako reżyser fabuły nie sprawdza się przede wszystkim w konwencji melodramatu.

Poczucie zawodu jest tym większe, że potencjał historii opowiedzianej w Królowej pustyni
idealnie wpisuje się w dokumentalne predyspozycje Herzoga. Główna
bohaterka filmu, Gertrude Bell (1868–1926), to kobieta renesansu, by nie
powiedzieć: żywy pomnik. Była podróżniczką, archeolożką, alpinistką,
pisarką, politykiem, szpiegiem i oficerem (jako pierwsza kobieta w
historii zatrudniona przez wywiad). Władała ośmioma językami,
przyczyniła się do powstania państwa irackiego i uformowania syryjskich
granic (czego echa słychać i widać po dziś dzień).

Dwudziestowieczna wykształcona i wpływowa kobieta
była takim samym outsiderem, jakim Werner Herzog jest dziś w świecie
filmu. Brytyjka przemierzała rejony Bliskiego Wschodu i pustynne
peryferie w poszukiwaniu wolności, odkrywała tamtejsze plemiona i
stawała się ich rodziną. Tymczasem dla twórcy Aguirre, gniewu bożego (1972) – pokrewnego przecież duchowo obrazu – bardziej istotną kwestią okazało się to, że Bell była… zakochaną kobietą.

Oczywistym wydaje się fakt, że Królowa pustyni
zrealizowana jest pod zachodniego widza, od ckliwego scenariusza po
gwiazdorską obsadę. Wprawdzie panowie z Robertem Pattinsonem na
pierwszym planie (który gra Thomasa E. Lawrence’a, słynnego Lawrence’a z
Arabii) zajmują niewiele ekranowego czasu, to Nicole Kidman w ponad
dwugodzinnym seansie ma okazję się wykazać. Niestety, błąd castingowy
rzutuje na cały portret Bell, ponieważ blisko pięćdziesięcioletnia
aktorka próbuje grać trzydziestolatkę, z jednym wyrazem cierpienia na
twarzy i z grzywką zasłaniającą naciągnięte czoło. Odnosi się wrażenie,
jakby Kidman nie wychodziła z roli księżnej Grace, kiedy niestraszne są
trudy ekstremalnej podróży, a pustynni bandyci oczarowani jej wdziękiem
zapraszają na herbatę. Herzog uprościł psychologię bohaterki i zastąpił
ciekawą biografię Bell obrazem zakochanej kobiety, która niby jest
odważna, ale w dyplomatycznych eskapadach szuka jedynie lekarstwa na
tęsknotę za mężem.

W scenariuszu, podzielonym na etapy z życia Gertrude,
banał goni stereotyp. Prolog ukazuje efekt ponad dwudziestoletniej
podróży bohaterki, by następnie w myśl hollywoodzko skrojonej biografii,
rok po roku przedstawić jej zmagania. Dialogi pełne są pustych
prawideł, poetyckich kwestii w duchu romantyzmu, wygłaszanych przez
ludzi, którzy nawet nie wydają się szukać ze sobą kontaktu przed kamerą –
szczególnie drętwo wypada James Franco, jak gdyby tylko chciał odhaczyć
angaż u sławnego reżysera. Herzog obok dumnie brzmiącego frazesu o tym,
że „miłość jest cierpieniem”, stawia żart o oddawaniu moczu.
Ostatecznie postać Bell zostaje w filmie przedstawiona jedynie jako
waleczna amazonka na pustkowiu, która miała więcej szczęścia niż
talentu.

Herzog fabrykuje melodramatyczny kicz nie przystający
do twórczości reżysera, który w nawet najbardziej zepsutych postaciach
starał się odnaleźć ludzki pierwiastek. Może powodem jest to, że
nakręcił pierwszy film fabularny o kobiecie, choć wcześniej były jego
bohaterkami tylko w dokumentach (Kraina ciszy i ciemności, 1971; czy Skrzydła nadziei, 2000)? Jedynym pozytywnym elementem Królowej pustyni
jest strona wizualna. Operator Herzoga, Peter Zeitlinger, za pomocą
światła i ustawień kamery maskuje faktyczny wiek Kidman, jednocześnie
ukazując ją zgodnie z hollywoodzkimi kanonami urody, jako piękną i
dostojną. Ujęcia Sahary robią wrażenie, chociaż pozbawione są
oryginalności. Jeśli Bell ma przechadzać się po ruinach, to tylko takich
wyglądających tajemniczo, jak po ogrodach, to bujnych, a jeżeli robi
zdjęcia, to w tle koniecznie muszą widnieć piramidy. Z kolei kiedy
wybrzmiewa muzyka, to w całości z trubadurską manierą wykonawczą,
charakterystyczną dla dźwięków Bliskiego Wschodu.

Królowa pustyni opiera się na skonwencjonalizowanej atmosferze
Orientu rodem z wakacyjnych pocztówek, która nie angażuje widza aurą
filmu przygodowego. Nie doznamy tu ani odrobiny szaleństwa, niepokoju i
niebezpieczeństwa, którymi emanują tego typu wędrówki. Reżyser
niejednokrotnie potwierdził, że realizując filmy o kontakcie człowieka z
naturą, czuje się jak ryba w wodzie, traktuję więc ten film jako
niewykorzystaną szansę i wypadek przy pracy. Królowa pustyni usatysfakcjonuje raczej fanów tureckiej telenoweli Wspaniałe stulecie, niż zwolenników kina Wernera Herzoga.

 

Made with Red Heart on Twitter Twemoji 11.1 in Bytom

lub

Zaloguj się używając swojego loginu i hasła

lub     

Nie pamiętasz hasła ?

lub

Create Account