Kurtyna w górę.

Akt pierwszy. Scena pierwsza.

Właśnie takie odnosi się wrażenie, kiedy ogląda się film „Noc Walpurgi” – sala kinowa zamienia się na
deski teatru. Mamy dwóch głównych bohaterów, wszystko dzieje się w ciągu
jednego wieczoru, miejsce to niezmiennie garderoba diwy. Wszystko to składa się
na klasyczną cechę dramatu, a mianowicie jedność czasu, miejsca i akcji.
Spostrzeżenie to nie jest niczym zaskakującym, bowiem scenariusz powstał na
podstawie monodramatu Magdaleny Gauer, choć tu scenarzysta rozpisuje go na dwa
głosy, co daje ciekawy efekt.

Scena druga.

Warto zaznaczyć, że film jest
pełnometrażowym debiutem Marcina Bortkiewicza – zuchwałość miesza się z pokorą.
Widać fascynację reżysera innymi twórcami kina, co niektórzy krytycy odbierali
jako brak pomysłów czy nieudane naśladownictwo. Wydaje się jednak, że
Bortkiewicz celowo sięga do takich reżyserów jak Polański („Wenus w futrze”,
gdzie także film staje się teatrem dla dwóch artystów) czy Tornatore („Czysta
formalność”, który cenić można przede wszystkim za utrzymanie widza w ciągłym
napięciu). „Noc Walpurgi” jest dojrzałą produkcją z przemyślaną formą i dodatkowo
bardzo dobrym warsztatem. Reżyser jest panem i władcą każdej pojedynczej
klatki, a wszystko jest starannie zaplanowane. Przykładem może być
przedstawienie, po którym Nora (diwa operowa) przyjmuje Roberta (młodego
dziennikarza). „Turandot” Pucciniego to opera, która opowiada o pojedynku oraz
emanuje podporządkowaniem się i dominacją. Trzeba przyznać, że wiele do walki,
którą stoczą aktorzy, wniosły czarno-białe zdjęcia Andrzeja Wojciechowskiego
(które mogą widzowi przypominać nieco „Idę”). Podkreślają one emocje i niekiedy
wręcz pierwotne instynkty, którymi kierują się bohaterowie.

Scena trzecia.

Jednak tą najistotniejszą sprawą,
nad którą trzeba się pochylić, prowadząc rozważania o filmie Bortkiewicza, są
aktorzy. Można byłoby to zawrzeć w jednym zdaniu – film zdobył nagrodę
dziennikarzy na koszalińskim festiwalu Młodzi i Film za „brawurę, wizję i
przywrócenie polskiemu kinu Małgorzaty Zajączkowskiej”. Bezapelacyjnie, i chyba
nawet jednogłośnie, można stwierdzić, że gdyby nie ta właśnie aktorka, film
mógłby okazać się nieporozumieniem. Przy scenariuszu, który całą fabułę skupia
na dwóch postaciach, najważniejszy jest dobór odpowiedniej pary aktorów. Należy
przyznać, że Marcin Bortkiewicz trafił w dziesiątkę. Małgorzata Zajączkowska
jest rewelacyjna w postaci diwy – płynność w przechodzeniu od stanu rozbawienia
do smutku, z śmiechu w ironię, z dominacji w uległość, to coś niesamowitego.
Dla samej aktorki warto jest zobaczyć film, bowiem to kreacja nie do
zapomnienia. Nieobiektywnie można wtrącić, że to jedna z bardziej wyrazistych
postaci żeńskich polskiego kina ostatnich lat. Młodego dziennikarza gra
Philippe Tłokiński, który zebrał surowsze oceny – momentami wydaje się zbyt
nijaki w porównaniu do charyzmatycznej aktorki. Nie można stwierdzić, że
aktorzy są równorzędni sobie, Zajączkowska wybija się nad młodego aktora, bez
którego jednak nie mogłaby wykreować takiej postaci. Dlatego Tłokiński, mimo że
niekiedy może zbyt uległy, potrzebny jest w tym pojedynku i potrafi zaskoczyć.
Wbrew pozorom dobrze sobie radzi z postacią, choć nie ma takiego doświadczenia
jak starsza koleżanka.

Drugi akt. Scena pierwsza.

„Noc Walpurgi” to jedna wielka
niedopowiedziana historia, która składa się z setki małych tajemnic. Widz nie
dostanie prawie żadnej informacji wprost, wszystkiego musi się domyśleć, a
kiedy wydaje mu się, że zaczyna rozumieć, okazuje się, że wcale tak nie jest. I
jest to ogromnym plusem filmu. Jednak z czasem rozwijania się akcji, dochodzi
coraz więcej wątków, myśli, wspomnień, które przeskakują i prowadzą do
zagubienia odbiorcy. Widz zostaje zbombardowany kontekstami, a gdy dochodzi do
tego kwestia nazizmu, holokaustu, a ponadto sadyzmu, dla niektórych to może być
zbyt wiele na raz.

Najgorszy
jest jednak koniec. Wydaje się, że reżyser chciał zaszokować odbiorców, jednak
robi to w zły sposób, zbyt wyraźny. Gdyby tylko była możliwość, to najlepszym
posunięciem byłoby zastopować film przed tą sceną, która wpływa niestety na
odbiór całej produkcji.

Scena druga.

Sumując wszystkie zalety i wady
„Nocy Walpurgi”, trzeba przyznać, że jest to jeden z najciekawszych debiutów
ubiegłego roku. Solidna podstawa pod scenariusz, świetny wybór aktorów, porywające
zdjęcia – wszystko składa się na naprawdę dobry film, który choć może nieco
przytłoczyć kontekstami, wydaje się być wartym obejrzenia.

Kurtyna w dół.

 

Made with Red Heart on Twitter Twemoji 11.1 in Bytom

lub

Zaloguj się używając swojego loginu i hasła

lub     

Nie pamiętasz hasła ?

lub

Create Account