O tym, że Quentin Tarantino kocha westerny, wiadomo nie od dziś. O tym, że westerny kochają Tarantino, przekonał wszystkich nadzwyczaj udany Django. Nie powinien więc dziwić fakt, że reżyser po raz kolejny sięgnął po ukochany gatunek, niejako kontynuując wątki poruszane już w poprzednim filmie (choć sama produkcja bezpośrednim sequelem nie jest). Czy i tym razem otrzymujemy zbalansowaną, solidną porcję znakomitej rozrywki? Śmiem wątpić.
Przenosimy się do XIX wieku, kilka lat po zakończeniu wojny secesyjnej. Przez wietrzne pustkowia stanu Wyoming podróżują łowca głów, znany jako „Szubienica” John Ruth (Kurt Russell) i poszukiwana listem gończym Daisy Domergue (Jennifer Jason Leigh).  Podczas zamieci śnieżnej trafiają do zajazdu, w którym spotykają tajemniczych nieznajomych. Gdy w górski przyczółek uderza gwałtowna nawałnica, podróżnicy zaczynają rozumieć, że szanse na dotarcie do celu są niewielkie, a ich największym zmartwieniem nie jest wcale nieprzychylna pogoda, a towarzystwo o nieczystych intencjach.
Twórcy kina postmodernistycznego (z Lynchem i Tarantino na czele) wspólnymi siłami wychowali zupełnie nowy typ widza – odbiorcę dociekliwego, świadomego. Sami nie kryją też siatki powiązań i inspiracji, licznych cytatów (także dosłownych), bawiąc postronnego obserwatora co i rusz puszczanym okiem. W przypadku Nienawistnej ósemki nie sposób nie dostrzec wyraźnego wpływu gatunkowej klasyki kina lat 60. – filmów Sergio Leone i Sergio Corbucciego, ale i seriali – chociażby nieśmiertelnej Bonanzy. Reżyser niewątpliwie składa hołd ulubionym dziełom, jednocześnie nakładając na nie autorski filtr. I choć porównań do Django zapewne nie unikniemy, są to produkcje zupełnie różne.
To, co przede wszystkim różni Nienawistną ósemkę od wcześniejszej twórczości Tarantino, to jej kameralny, niemalże teatralny charakter. Tytułowa grupa zamknięta jest bowiem w niewielkiej przestrzeni wcześniej wspomnianego zajazdu – Pasmanterii Minnie. Ulokowani na końcu świata, odizolowani przez śnieżycę, zdani tylko na siebie. Na oczach widza rozgrywa się gra pozorów, bezkrwawy pojedynek silnych charakterów podszyty nieufnością i wzajemną niechęcią. Sugestywne dialogi pobudzają wyobraźnię jedynie do pierwszego strzału – wówczas przemyślaną wirtuozerię słowa zastępuje typowa dla Tarantino jatka. W idealnym świecie oba bieguny zostałyby odpowiednio stonowane i dopasowane do siebie – tu jednak bez ostrzeżenia przechodzimy z jednej skrajności w drugą. Można odnieść wrażenie, że Tarantino chciał dogodzić wszystkim – i sobie ze swoją artystyczną wizją, i masom oczekującym brutalnego rozlewu krwi. Miało być świeżo, jest powtarzalnie, niespójnie i pretensjonalnie.
Nie można za to zarzucić niczego warstwie audiowizualnej Nienawistnej ósemki. Niesamowita muzyka mistrza Ennio Morricone słusznie została nagrodzona m.in. Złotym Globem i prestiżową statuetką Amerykańskiej Akademii Filmowej. Zdjęcia Roberta Richardsona imponują – film w całości zarejestrowano na taśmie 65 mm, na jego potrzeby wskrzeszono także standard Ultra Panavision 70 (proces umożliwiający osiągnięcie rekordowo szerokiego obrazu o proporcjach kadru 2,76:1). Panoramiczny format idealnie oddaje piękno zimowych krajobrazów, a we wnętrzach przybliża widza do bohaterów i wzmaga uczucie klaustrofobii. Wąski kadr połączony z długimi ujęciami w zbliżeniu buduje atmosferę sporu w sposób nieosiągalny dla innych, częściej wykorzystywanych wymiarów.
Najnowsze dzieło Tarantino to przede wszystkim plejada aktorskich popisów – dynamikę fabule nadaje przede wszystkim chemia pomiędzy kwartetem Samuel L. Jackson – Kurt Russell – Jennifer Jason Leigh – Walton Goggins. Na szczególną uwagę zasługują także kreacje Tima Rotha (choć momentami boleśnie przypomina Christopha Waltza w Django) i weterana kinematografii, Bruce’a Derna. Całą obsadę podsumować można kilkoma słowami – dobrzy, źli, brzydcy i Channing Tatum. Ten ostatni zdecydowanie odbiega estetyką od reszty, choć na ekranie pojawia się zbyt krótko, by móc szczególnie zabłysnąć lub – wręcz przeciwnie – zbłaźnić się.
Tarantino z właściwą dla siebie przenikliwością bada ludzkie interakcje. Im bliżej tragicznej kulminacji, tym bardziej teatralny eksperyment przekształca się w krwawą rzeź – interesujący koncept przegrywa z masakrą, skutecznie dekonstruującą kompozycję mozolnie budowaną przez bite dwie godziny. Koniec końców, można odnieść wrażenie, że reżyser próbował zadowolić wszystkich po trochu – pierwszą połową siebie, drugą – widzów oczekujących iście tarantinowskiej rozwałki. Całość jest niczym bomba z opóźnionym zapłonem – i choć finał niewątpliwie jest wybuchowy, eksplozja krwi rozrywa na drobne kawałeczki teatralny pojedynek charakterów i w ostatecznym rozrachunku mało co trzyma się kupy. I choć imponujący formalnie, w swojej treści jawi się jako niekonsekwentny i pretensjonalny. Nie jest to film zły – jest przeciętny, ale chyba nie tego powinniśmy oczekiwać od twórcy przez wielu określanego mianem współczesnego mistrza.

 

Made with Red Heart on Twitter Twemoji 11.1 in Bytom

lub

Zaloguj się używając swojego loginu i hasła

lub     

Nie pamiętasz hasła ?

lub

Create Account